ZAWIESZAM TEGO BLOGA.
My story with One Direction.
Aktualności:
Aktualności:
14.04.13r, 22;23.
♥ Dodałam nowy rozdział :)
14.04.13r, 22;23.
♥ Dodałam nowy rozdział :)
poniedziałek, 27 maja 2013
niedziela, 14 kwietnia 2013
Rozdział V . ''The new band" .
Przejście do następnego etapu programu x-factor
równało się z tym, że musiałam opuścić swój mały, rodzinny dom i zamieszkać
przez pewien czas w jednym z tzn ‘domów jurorskich’. Nie wiedziałam jeszcze, u
którego Jurora zamieszkam, ale w głębi duszy miałam nadzieje, że będzie to
Simon lub Nicole, bo odniosłam wrażenie, że Louis za mną nie przepada. Trochę
smutno mi było zostawiać tak mamę samą, ale obie wiedziałyśmy, że zawsze trzeba
z czegoś zrezygnować, żeby mieć co innego. W gruncie rzeczy miałam dostać swój
własny pokój, o czym zawsze marzyłam, gdyż spanie na fotelu w salonie, z
którego wychodziły sprężyny, nie dające się człowiekowi wyspać, ba, a nawet
czasem raniące ciało, zdecydowanie nie były mi na rękę.
Zgodnie
z informacjami, jakie otrzymałam zaraz po przejściu do następnego etapu,
uczestnicy mieli zjawić się w tym samym budynku, w którym już dwa razy udało mi
się wygrać. Tym razem nie chodziło o żadne występy, ale o wylosowanie, kto
będzie czyim mentorem.
Przecudna
pogoda raziła moje szmaragdowe tęczówki, namawiając mnie na to, bym założyła
okulary przeciwsłoneczne, a lekki wiatr kołysał poje włosy, związane w wysoki
‘kucyk’. Szłam ubrana w czarne alladynki i szarą bluzkę z napisem; ‘Keep calm and love music’, którą
dostałam od Amy. Oczywiście nie chciałam jej przyjąć, nie lubiłam, jak ludzie
dawali mi prezenty, bo sama nie miałąm z czego im się zrewanżować, ale
przyjaciółka broniła się i wmawiała, że to z okazji mojego przejścia do
x-factor. W lewej ręce trzymałam jakąś starą bluzę, którą wzięłam z deszczowego
Basildon aż do słonecznego Londynu (niby tylko 40 km, ale pogoda zdumiewająco
inna).
Niby
było tak samo jak przedtem – ten sam budynek, ci sami ludzie. Ale nie było
stresu, moje serce stukało regularnie 70 razy na minutę. Także koło mnie nie
było blondwłosej przyjaciółki. Jakaś godzinę przed wyjazdem otrzymałam dziwny
telefon od Amy, która mówiła bardzo szybkim i zdenerwowanym tonem, że coś
ważnego jej wypadło. Zrozumiałam. Znałam ją i wiem, że coś naprawdę poważnego
musiało się stać, by dziewczyna nie zrobiła czegoś co mi obiecała. Nie byłam na
nią zła, ani nic w tym stylu, ale bardzo się o nią martwiłam. Co się mogło
wydarzyć? Na samą myśl, że mogło jej się coś stać przechodziły mnie ciarki. Ale
to tylko moje wyobrażenia.. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam.
W poczekalni nie panował już taki
wielki tłok jak wtedy. Było zaledwie kilkanaście osób. Ci najlepsi. Ci, którzy
się dostali. Katem oka dostrzegłam Davida. Siedział sam, jak zawsze. Ręce
schował w przednich kieszeniach jeansów, kciuki pozostawiając na zewnątrz, a
jego bursztynowe włosy przykrywał kaptur granatowej bluzy. Nie widziałam jego
oczu, więc nie mogłam dostrzec czy spojrzał na mnie, czy zauważył, że weszłam
czy też nie. Czułam. Po prostu czułam, że coś się stało. Coś musiało się
wydarzyć. Bo raczej nie możliwe jest, że człowiek tak od tak, z dnia na dzień,
z wesołego, lekko denerwującego, ale sympatycznego chłopaka zmienił się w
pochmurnego, wydającego się niemającego uczuć gnojka? A może od zawsze taki
był? Przecież znałam go tylko z.. godzinę? Właściwie to nawet nic o nim nie
wiem. Wiec czemu mnie interesują jego problemy? Przecież jestem dla niego
zupełnie obcą osobą. Zupełnie jak on dla mnie.
- Dory czas - usłyszałam ciche pomruknięcie, a moja głowa automatycznie
odwróciła się w kierunku osoby, która to wypowiedziała. Moje oczy utknęły,
rzecz jasna, na mojej mamie, która wpatrywała się w swój cienki zegarek u lewej
dłoni. -Jest 10;31, powinni już zaczynać.
Nie minęła sekunda od jej krótkiej wypowiedzi, gdy drewniane drzwi z hukiem się
otworzyły. W drzwiach stanęła prowadząca program x-factor wraz ze swoim
kamerzystą. Wysoka brunetka o sztucznym uśmiechu (pomijając tak samo sztuczny
biust) szła na kilkunasto centymetrowych żółtych obcasach nabijanych ćwiekami.
Ubrana w obcisły, czarny top okryty jeansową kurteczką i zbliżonych do jeansów
spodniach odkrywające kościste łydki. Szla nerwowym krokiem, a w sali było
słychać tylko stukot jej wysokich butów. Czarnoskóry kamerzysta za to szedł za
nią spokojnym krokiem. Prawą ręką trzymał przerzucona przez ramię kamerę, a
lewą drapał się po niemal łysej głowie, na której tylko gdzieniegdzie można
było zauważyć szary włos. Jego eleganckie, czarne buty mieniły się poprzez
spadające na nie światło żyrandolu. Miał dopasowany czarny garnitur, białą
koszulę i wąski granatowy krawat.
- Okej, Jay, możemy zaczynać - prowadząca zwróciła się kamerzysty wysokim
głosem chwytając swoją brązową grzywkę i chowając za uchem. Odchrząknęła,
stając na pierwszym planie, zaraz przed uczestnikami. Przybliżyła czarny
mikrofon do swoich dużych, malinowych ust.
Czerwony
błysk kamery.
- Dzień dobry państwu - spojrzała Prost do kamery mówiąc zupełnie innym głosem.
Osoby, które nie słyszały jej przed chwila mogły pomyśleć o niej, jak o
sympatycznej osobie, ale wcale się taka nie wydawała. Ale cóż, płacą jej za to,
że udaje zupełnie innego człowieka przed kamerą. - Witamy w waszym ulubionym
programie muzycznym, x-factor - sztuczny uśmiech - Jak wiecie do domu
jurorskiego dostała się najlepsza piętnastka. Znajdują się tu zarówno soliści,
jak i grupy.
Prezenterka przesunęła się o parę kroków w lewo
pozwalając kamerzyście ująć wszystkich uczestników. Prawie wszyscy (prawie, bo
oprócz Davida) pomachaliśmy w stronę kamery. Poczułam jak duma spływa po moim
ciele. Szczęście, ze udało mi się zajść tak daleko. Udało. A teraz ci wszyscy
ludzie, którzy we mnie nie wierzyli zobaczą mnie i zrozumieją, że ludzi
nienależny oceniać po okładce. Nie zależnie od stanu majątkowego czy wyglądu -
każdemu może się udać.
- Mamy tu sześciu solistów i trzy grupy. Dwie
dwuosobowe i jedna pięcio. - kontynuowała brunetka. - za chwileczkę uczestnicy
rozprowadzą się po salach. Podzieleni będą na trzy grupy. W tym roku robimy
niespodziewaną zmianę i uczestnicy nie zostaną przydzieleni do sal rocznikowo,
ale wylosują ja.
Spojrzałam z dziwieniem na prezenterkę. Nie słyszałam
o tej nowej – ‘regule’. Nie tylko mnie to zszokowało. Połowa uczestników
szeptała zdezorientowana miedzy sobą. Szybko do mnie dotarło, ze i tka nie robi
mi to większej różnicy - jedyna osobą, którą znam tu, jest Dave, ale on
najwidoczniej nie chce ze mną rozmawiać .
- Tak wiec prosimy uczestników o podejście do lady -
wskazała ręką na biało-czarną ladę stojącą w koncie poczekalni.
Poderwałam się z miejsca, a wraz ze mną inni
uczestnicy. Zrobiła się długa kolejka, w której byłam około w środku. Przed
sobą miałam rude włosy jakieś drobnej dziewczyny, które z każdej obrotem jej
głowy lekko chłostały mnie w twarz. Spojrzałam na początek kolejki - pierwszy
był David. Wkładał właśnie rękę do jakiegoś szarego pudła. Zamknął oczy i
chwile przesuwał po karteczkach w pudle, aż wyciągnął dłoń trzymając szczelnie
zamknięty kawałek papieru.
- Pierwszy uczestnik wylosował już numerek sali - powiedziała
prowadząca, po czym spojrzała na prostującego zagniecioną kartkę Davida. Już po
sekundzie chłopak odczytywał numerek na papierku. - Widzę, że wylosował salę
numer dwa. - zwróciła się do kamery z
sztucznym uśmiechem.
Dave schował karteczkę do kieszeni jeansów i zwrócił
się do drzwi z białego dębu, na których widniała ogromna, zielona dwójka.
Kolejna uczestniczka - wysoka blondynka wylosowała
salę numer 1. Kolejna -- starsza, pulchna kobieta wylosowała ten sam numer co
David. Dwuosobowy zespól, składający się z dwóch sióstr wylosował trójkę.
Jakiemuś średniej-wielkości, czarnowłosemu męźczyźnie wylosowała się dwójeczka.
Kolejny zespół dwuosobowy chwycił karteczkę z trójką. Rudowłosej dziewczynie przede
mną wylosowała się sala numer jeden.
Kolej na mnie.
Chwyciłam powietrze do płuc, a moja dłoń zanurkowała w
szarawy karton. Od razu poczułam łaskoczące mnie małe kawałeczki papieru.
Jeździłam po nich w duchu modląc się, żeby wylosować salę drugą. Tak, nie
ukrywam, że chciałam być w tej grupie co David. W tym samym domu co on.
Chciałam dowiedzieć się czemu tak postępuje.
Chwyciłam pierwszą karteczkę jaka wpadła mi w ręce.
Będzie tak jak los chce. Wynurzyłam dłoń nerwowo prostowałam papierek,
powtarzając w myślach, że zawsze jest te 33,3 % Głupie kilkadziesiąt procent,
które dodaje nadziei .. Spojrzałam na własnoręcznie pisany napis:
Sala numer
jeden.
Czułam leciutkie ukłucie wokół serca. Więc jednak los
chciał bym trzymała się z dala od niego. Przymknęłam oczy i wypuściłam
powietrze z ust.
Pokazałam numerek kamerze starając się przy tym
uśmiechnąć. Trzymając go nadal w dłoniach weszłam do wskazanej sali. Sali numer
jeden.
W tej sali tego budynku jeszcze nie byłam. Duże
pomieszczenie otaczały ściany z grubego gipsu w kolorze kremowym.
Jasnoniebieskie płytki podłogi lśniły czystością. Na samym środku podłoga była
podniesiona o jeden stopień. Stali tam już dwaj uczestnicy – wysoka, szczupła nastolatka
o jasnych włosach i głębokich, piwnych oczach wydawała się lekko zestresowana.
Rudowłosa dziewczyna o zielonych tęczówkach łagodnie się we mnie wpatrywała, a
kąciki jej dużych ust powędrowały ku górze..
Trochę niepewnym krokiem podeszłam do grupki i
stanęłam obok rudowłosej dziewczyny. Patrzałam przed siebie, ale doskonale
czułam jej wzrok ilustrujący mnie od stóp do głowy. Czekałam, aż do sali
wejdzie kolejny uczestnik i całe zainteresowanie spocznie na nim.
- Cześć. Jestem Margaret, ale mów mi Meg – powiedziała
po chwili rudowłosa nastolatka z szerokim uśmiechem podając mi rękę.
- Vanessa – uścisnęłam dłoń i odwzajemniłam uśmiech.
- Do kogo chciałabyś trafić? – zapytała po
kilkusekundowym milczeniu.
Jak już wspominałabym trafić do Simona lub Nicole. Ale
co miałam powiedzieć nowo poznanej dziewczynie? Że odczułam wrażenie, że Louis
nie bardzo za mną przepadał. Niby tylko powiedział, ze nie pasowała mu moja
choreografia, której wprawdzie nie było, ale jego ton, w jakim to mówił
świadczył o tym, że nie jest zainteresowany uczyć mnie poruszania na scenie.
- Nie zastanawiałam się jeszcze nad tym – skłamałam.
- Ja też nie – wzruszyła ramionami. – Ale chyba
najlepszy jest Cowell, nie uważasz?
Jak uważam? Dla mnie cała trójka jest najlepsza. Każdy
z nich coś osiągnął, każdemu udało poprowadzić się jakąś drużynę do końca.
Trudny wybór, który z nich był tym naj.
- Scherzinger i Walsh też są dobrzy.
- Tak, masz racje – przytaknęła. Chwile wpatrywała się
w ziemie, po czym znów spojrzała na mnie wielkimi oczami i szeroko rozciągnęła
usta. – Mi Walsh powiedział, że za słabo ciągnę końcówki i był na ‘nie’ – znów
wzruszyła ramionami, ale uśmiech nie schodził jej z twarzy. Najwidoczniej dla
niej liczyło się to że przeszła, nie to, ile miała głosów.
- Mi, że stoję jak kołek – zaśmiałam się, a Meg razem
ze mną. – Potem coś wspomniał, ze powinnam być w zespole, a nie występować
solo.
Rudowłosa otworzyła usta by coś
powiedzieć, gdy drzwi otworzyły się i do
środka weszła starsza, pulchna kobieta. Miała które, farbowane loki i małe,
ciemne oczy, przykryte do połowy ciężkimi powiekami. Zilustrowała
wszystkich groźnym wzrokiem i stanęła koło wysokiej blondynki.
- Boje się jej – szepnęła mi
żartobliwie Meg do ucha, a ja się zaśmiała. Zdążyłam polubić sympatyczną nastolatkę. Margaret
pryskała niesamowitą energią, jakiej mi brakowało.
Po chwili drzwi znów się otworzyły i
stanął w nich około dwudziestoletni chłopak. Na jasnych włosach trzymał czapkę
z daszkiem zasłaniającą jego twarz. Nie spojrzał na nikogo, ale szedł szybkim
krokiem w naszym kierunku, aż stanął między mną, a Margaret. Spojrzałam na
niego zaciekawiona, ale on wpatrywał się w podłogę, jakby ona była
najważniejsza w całym budynku.
Drzwi znów się otworzyły, ale ni
stanął w nich żaden uczestnik. Usłyszeliśmy mocny stukot wysokich butów.
Prezenterka wraz z kamerzystą zmierzała w naszym kierunku.
- Karteczki wylosowane, moi drodzy –
rzekła posyłając jeden z sztucznych uśmiechów. – Jay, włącz kamerę, za minutkę
powinien przyjść Juror, który wylosował te nieszczęsną grupkę – powiedziała
ironicznie lekko przy tym wzdychając. Ustawiła się koło nas. A raczej obok
mnie. Ona, ja, tajemniczy chłopak, Margaret, blondynka, i gruba kobieta. W
takiej kolejności staliśmy przed białymi drzwiami. Kamerzysta za to czuwał przy
drzwiach an wejście naszego przyszłego mentora.
Sekundy mijały.
Panowała zupełna cisza.
Wszystkie oczy zwrócone w białe
drzwi.
Kroki.
Szarpnięcie za klamkę.
Lewa nogawka czarnych spodni naszego
przyszłego mentora lub mentorki.
Jest.
Nasz
mentor, bo jak się okazało był mężczyzną, widząc pięcioosobową grupkę szeroko
się uśmiechnął. Uczestnicy zaczęli piszczeć i bić brawa na ‘przywitanie’ Simona
Cowella. Dołączyłam do nich. Margaret skakała z radości. Także stojący obok mnie
chłopak zdjął czapkę i przez ułamek sekundy nasze uczy spotkały się ze sobą.
Miał najciemniejszy odcień niebieskiego jaki w życiu widziałam. Szybko odwrócił
głowę i klaskał wpatrując się w Cowella. Kamerzysta ujmował całe zdarzenie z
wszystkich stron. Gdy brawa ucichły prezenterka zbliżyła się do naszego
mentora, który stał już pomiędzy blondynką a Meg.
- Margaret Smith, Vanessa Argon,
Gabrielle McFegan, Connie Brown i Rafael Fosher – powiedziała brunetka
wyczytując nasze nazwiska z listy, zwracając się do Simona. – Jak podoba ci się
ten skład?
Cowell rozejrzał się i uśmiechnął do
wszystkich swoich podopiecznych i zwrócił się do prezenterki.
- Wszystkich pamiętam z ich
pierwszego występu. Mają niesamowite wokale, każdy z nich różni się od siebie,
ale wierze, że dają sobie radę i jestem naprawdę szczęśliwy, ze wylosowałem właśnie taką grupę-mieszaną.
Postaram się ich przygotować jak najlepiej potrafię i z całych moich sił będę dążył,
by pomóc im w zrealizowaniu marzeń związanych z tym programem.
- My również wierzymy, że dają sobie
rade – zwróciła się do kamery. – Oto drużyna Simona Cowella! A teraz przenosimy
się do sali numer dwa. – powiedziała, a kamerzysta jeszcze raz ujął wszystkich
zgromadzonych po czym razem z prowadzącą wyszli z sali.
- Miło was wszystkich znów widzieć –
powiedział Simon posyłając wszystkim ciepły uśmiech. –Przejdźmy od razu do
rzeczy. Plany są takie, że zamieszkacie w moim domu. Co tydzień odbywać się
będą występy, podczas których jedna osoba, bądź grupa odpadnie. W czasie
przybywania w moich skromnych progach będę starał się was przygotować do
każdego odcinka, znaczy, że pomogę wam wybrać piosenkę, stroje i ustalę
odpowiednią choreografie. Co do niektórych mam jeszcze inne plany.. – ostatnie
zdanie rzekł spoglądając na mnie. Centralnie! Jego niebieskie oczy spotkały się
z moimi szmaragdowymi, tak, jakby te zdanie dotyczyło mnie. Na pewno
dotyczyło..
Kolejne sprawy potoczyły się szybko
– pożegnałam się z mamą, obiecając, ze za niedługo się spotkamy. Wzięłam
naszykowaną już wcześniej dość małą, starą walizkę i razem z innymi
uczestnikami wsiadłam do czarnego mini-busa.
Jazda nie zajęła więcej niż pół
godziny. Margaret opowiadała mi troszkę o sobie. Okazało się, że pochodzi z Walii,
gdzie mieszka z rodzicami i dwoma braćmi. Jest rok starsza ode mnie (w październiku
kończy dziewiętnaście lat). Tak jak ja, przed pójściem do programu śpiewała w
barach, ale, jak stwierdziła; robiła to tylko, żeby zwalczyć stres.
Dowiedziałam się również, że jest wielką fanką One Direction, na których się
wzoruje. Nienawidzi metalu, za to uwielbia pop i rap, nawet potrafi trochę
rapować. Nienawidzi jak mówi się do niej ‘Maggie’, bo tak nazywają ją tylko
rodzice, no i czasami bracia. W szkole zawsze była wielką gadułą (co jak widać
do dzisiaj jej zostało). Od dzieciństwa jeździ konno i gra na trąbce. Opowiadała
o swoim hobby, takim jak skateboaring i spacery o zachodzie słońca..
Ja też jej trochę o sobie
poopowiadałam. Między innymi o tym, że mieszkam w małym miasteczku pod Londynem
z mamą. Sprawy z ojcem postanowiłam zachować dla siebie. Nie lubiłam o nim
opowiadać. Prawda jest taka, że sama mało wiedziałam. Dziwne uczucie, gdy nie
zna się osoby, która powinna być najważniejsza w twoim życiu. Powinna. A
jeszcze gorsze jest uczcie, gdy wiesz, że ta osoba wszystko zrobiła specjalnie,
zniszczyła twoje i twojej rodzicielki życie, a niczego nie załuje..
- No to jesteśmy na miejscu – głos
Simona Cowella obudził mnie z namysłu. Mentor wyszedł z wozu pierwszy, za nim
blondynka, chłopak, kobieta, Meg i na końcu ja. Rozprostowałam nogi i
spojrzałam na dom, w którym przez najbliższy tydzień, dwa lub nawet więcej będę
mieszkać.
To, co przez Simona określone było
słowem ‘skromny’ okazało się wielką willą. Białe ściany budynku otaczał
dwumetrowy, jasny mur. Dach ułożony z czerwonych dachówek mienił się w słońcu.
Wielkie białe schody, pod którymi znajdował się wielki garaż. Odkryty basen za
budynkiem i leżaki na tarasie. Nie dało się tego opisać. To było jak przedziwny
sen, w którym główna bohaterka, czyli ja, zostaje księżniczką i ma zamieszkać w
pięknym pałacu.
Spojrzałam na Meg i obie roześmiałyśmy się. Rudowłosa popchnęła mnie łokciem i obie poszłyśmy do naszego tymczasowego domu.
Spojrzałam na Meg i obie roześmiałyśmy się. Rudowłosa popchnęła mnie łokciem i obie poszłyśmy do naszego tymczasowego domu.
Wewnętrzna część domu była jeszcze
bardziej zniewalająca. Deski podłogi symetrycznie do siebie ułożone lśniły,
tak, że mogły zastąpić lustro. Przyglądając się dokładnie widziałam swoje
odbicie. W każdym pokoju ściany pomalowane były łagodnymi kolorami, ale zdecydowanie
przeważała mięta i żółć.
Najpiękniejszy był salon. Duży pokój
z balkonem. Na lśniącym dywanie położony był miękki, biały dywan w kształcie
koła. Na bladożółtej ścianie wisiała gigantyczna plazma. Jakieś pięć metrów
przed nią stała żółta kanapa z brązowym podparciem u boku na różne przekąski.
Pomiędzy nimi stał mały stolik podpierany na jednej nóżce, na którym stał
przezroczysty wazon z świeżymi tulipanami obwiązanych czerwoną kokardą. Koło
drzwi stały dwie półki z schludnie poukładanymi płytami, takich grup jak The Beatles. Po drugiej stronie natomiast
były wielkie, kremowe schody z wąskim, czerwonym dywanem na środku.
- Schodami na górę – rzekł Cowell
wskazując na kremowe cudo. – Pierwsze pięć drzwi to wasze pokoje. Kto pierwszy
ten lepszy.
W bieg rzuciła się blondynka, której
najwidoczniej bardzo zależało na dostaniu jak najlepszego pokoju. Uśmiechnęłam
się do Meg, kręcoc przy tym głową i obie ruszyłyśmy za dziewczyną, by zająć
pokoje obok siebie.
Pierwsze co zobaczyłam to długi
korytarz przypominający poczekalnie w budynku x-factora. Po lewej stronie
zauważyłam dwoje drzwi z ciemnego drewna, po prawej zaś troje, w tym ostatnie z
czerwoną tabliczką: Nie przeszkadzać. ~ C.B
- C.B? – zdziwiłam się.
- To pewnie ta Connie – wzruszyła ramionami
Meg. – Co jak co, ale dziewczyna jest naprawdę szybka.
Przytaknęłam głową, na znak, ze
zgadzam się z jej stwierdzeniem śmiejąc się przy tym. Chwile stałyśmy
chichocząc, gdy usłyszałyśmy kroki dobiegające z schodów.
- Pośpieszmy się, bo zajmą nam
najlepsze – zaśmiałam się. – Bierzemy te dwa koło siebie? – zapytałam wskazując
na ciemne drzwi po lewej stronie.
Margaret nie odpowiedziała, ale uśmiechnęła
się ciepło i ruszyła w pierwsze drzwi po lewej stronie machając mi na chwilowe
pożegnanie. Poszłam w jej ślady i weszłam do pokoju obok.
Duży pokój o błękitnych ścianach i
jasnej, drewnianej podłodze. Na środku stało wielkie łóżko z fioletowym
prześcieradłem i dwoma poduszkami. Nie rozglądając się po reszcie pokoju od
razu wskoczyłam na najcenniejszą tam rzecz. Łóżko było największe i najmiększe,
na jakim w życiu leżałam. Z porównaniu z moim małym łóżeczkiem o wystających sprężynach,
które wbijały się w ciało, przez co nie dało się spać, to to było jak najlepsze łóżko świata. Po prostu tylko one
potrzebne mi było do szczęścia.
Moja rozkosz nie trwała długo, bo po
chwili usłyszałam zwyczajny dzwonek telefonu. Zdziwiłam się, bo przecież ja nie
posiadałam takiego urządzenia. Początkowo myślałam, ze to może w pokoju obok,
ale szybko wyrzuciłam te myśl, bo wydawało się, jakby telefon był z kilka
metrów ode mnie. I był. Leżał na stoliku nocnym obok mojego wygodnego łóżko. Nie
był to telefon komórkowy, ale zwykły stacjonarny. Niepewnie przyłożyłam
słuchawkę do ucha.
- Hallo?
- Vanessa Argon, proszę przyjdź do
salonu – usłyszałam głos Simona Cowella. Skąd on wiedział, gdzie ja mam pokój,
skoro ulokowałam się tu zaledwie kilka minut temu? Odpowiedziałam szybkie ‘oczywiście’ po czym
wyszłam z pokoju i zeszłam po kremowych schodach.
Na kanapie siedziała Margaret, a
obok niej wysoka blondynka. Koło nich, oparty o ścianę stał Simon, który widząc
mnie, gestem wskazał, że mam usiąść. Od razu wykonałam polecenie.
- Wiem, ze jesteście zmęczone,
dlatego zajmę wam tylko chwilkę – powiedział mentor stając naprzeciw nas.
- Nie czekamy na resztę? – zapytała cienkim
głosem blondynka.
- Nie, już wszyscy są – odpowiedział
Simon. Ale byłam tylko ja, Meg i ta dziewczyna. Gdzie chłopak i starsza pani? –
Pozwólcie, ze się streszczę; doskonale pamiętam was z 1-wszego odcinka.
Szczerze, miałem wielką nadzieje, ze to wy mi się traficie, bo wasz wokal jest
cudowny. Naprawdę.. – mentor chodził w te i z powrotem co chwila zerkając na
nas. – Jednakże czegoś mi brakowało. Każda z was ma inną barwę, przez co
repertuar może dla niektórych być trochę nudny..
- Nie rozumiem do czego zmierzasz –
przerwała mu blondynka.
Simon podniósł brew lekko zdziwiony,
ze ktoś mu przerwał.
- Już mówię. Otóż chodzi mi o to, by
połączyć was w zespół.
Zespół?
Spojrzałam na Margaret, która
przyjęła tę wiadomość z szczerą radością. Wpatrywała się w Cowella w szerokim
uśmiechu dokładnie wsłuchiwając się w jego słowa. Connie natomiast patrzyła na
niego z rozwartymi ustami nie ukrywając zdziwu.
- W grupie wasze głosy idealnie by
się dopełniały. Zauważyłem to i jestem pewien, ze razem zdziałacie więcej. –
kontynuował Simon. – Oczywiście wybór należy do was. Nie musicie od razu
podejmować decyzji. Wróćcie do swoich pokoi i rozmyślcie moja propozycję. Gdy będziecie
gotowe dajcie mi znać. Miłego dnia życzę – tymi słowami zakończył naradę zostawiając
nas same w salonie.
Przez chwilę panowała cisza.
- To co robimy? – zapytała Margaret
wpatrując się to we mnie, to w Connie.
Sama nie wiedziałam. Na pewno w
zespole jest raźniej, ale wokalista solowy podejmuje własne decyzje.
Wybór był trudny. Bardzo trudny.
niedziela, 24 marca 2013
Rozdział IV . ''People are strange" .
W ciągu ostatniego miesiąca poczułam nagły przypływ
nowych ,,przyjaciół”. Nie mam najmniejszego pojęcia jak to się stało, ale wieść
o tym, że przeszłam do x-factora rozniosła się bardzo szybko, jak na tak dużą szkołę, liczącą ponad 600 uczniów. Z
dnia na dzień stawałam się coraz bardziej popularna, większość (o ile nie
wszyscy) znali moje imię, a idąc szkolnym korytarzem co chwila słyszałam
powitania i sztuczne uśmiechy skierowane w moją stronę. Dziewczyny z młodszych
klas chodziły za mną i przechwalały się koleżanką, jak to bardzo mnie znają i w
jaki to sposób zostałyśmy przyjaciółkami, co oczywiście było kompletną
nieprawdą. Spławiałam te dziewczyny, ale ona jak na złość coraz bardziej za mną
chodziły. Zdarzały się także nasze ,,przypadkowe” spotkania na ulicy, choć ja
bardzo dobrze wiedziałam, że celowo za mną szły. Także coraz więcej chłopaków
się za mną oglądało. Na szczęście nauczyłam się jak ich spławić – lata praktyki
przyglądania się jak to Amy robiła.
Ale
nie tylko tak było. Oprócz nowych ,,przyjaciół” zyskałam też nowych wrogów.
Były to zazwyczaj te popularne dziewczyny (patrz: ‘plastiki’). Nie były
zazdrosne o to, że dostałam przepustkę na nowe życie, ze dostałam szanse
zaistnieć w show-biznesie. Nie. One po prostu wyczuwały we mnie konkurencje,
traktowały jak jakąś osobę, która chce pozaliczać wszystkich facetów, która
chce odebrać ich przyjaciółki i chłopaków. Totalny bezsens. Wchodząc do szkoły
i otwierając swoją szafkę z numerem 62 często zastawałam jakieś karteczki z
groźbami lub wyzwiskami. Ale co ja komu zrobiłam? Nic nie rozumiałam. Nic.
Tego
dnia również otwierając swoją szafkę na zielonych książkach matematyki
zobaczyłam małą karteczkę. Od razu pomyślałam, że to pewnie znów te
‘plastikowe’ dziewczyny ją podłożyły. Pokiwałam głową z niedowierzenia, jak one
mogą myśleć, ze mnie to jakkolwiek rusza? Szczerze miałam gdzieś te ich hejty.
Wyciągnęłam mały skrawek papieru i rozciągnęłam go. Moim oczom ukazały się
chwiejące, nierówne litery:
Ty wredna mała suko. Jesli zjawisz się dzisiaj w programie, to będzie twój ostatni dzień. Zapamiętaj sobie moje słowa. Ostrzegam!
Parsknęłam śmiechem i
zgniotłam karteczkę, po czym wyrzuciłam do kosza. Ci ludzie naprawdę myślą, ze boję się tych gróźb? Żałosne.
Zastanawiał mnie tylko fakt, skąd ta osoba wiedziała, że właśnie dzisiaj mam zjawić się w
x-factorze? Wiedziała tylko Amy, a ona nigdy by tego nikomu nie powiedziała.
Wiec jak? Może w Internecie zamieszczone są nazwiska wszystkich uczestników?
Tak, pewnie tak. Ale skąd może to wiedzieć taka osoba jak ja, czyli osoba
pozbawiona Internetu w domu?
Rozejrzałam
się po korytarzu. Widok taki sam jak od miesiąca, czyli od przejścia do
x-factor – osoby gapiące się na mnie i szepczące do ucha swojego towarzysza. To
wkurzało. Przecież jestem zwykłą dziewczyną, nie jakąś znaną superstar.
Ludzie
są dziwni.
*
20.03.2013r.
Po raz trzeci stałam przed wielkim, białym budynkiem. Było zupełnie inaczej niż
ostatnim razem - tłoczno. Przed wejściem
stało dwóch tęgich ochroniarzy, co chwila wpuszczających szarmancko ludzi. Na
parkingach brakowało miejsc, a jak to na Londyn przystało, parkingi były tu
ogromne. Zobaczyłam również kilku kamerzystów ciągnących za sobą ogromny sprzęt.
Z każdym krokiem, z każdą sekundą i z każdym spojrzeniem na otaczającą mnie
rzeczywistość moje serce biło coraz mocniej. To był mój największy wróg - stres.
Nie potrafiłam go powstrzymać za żadne skarby. Po prostu był. Był gdzieś tam w
środku i w najważniejszych dla mnie chwilach się ujawniał. Nie potrafiłam z nim
walczyć, a on perfidnie to wykorzystywał. Jedyną metodą na jego powstrzymanie
było zamknięcie oczu i pomyślenie o czymś przyjemnym. Ale jak w takiej chwili
można myśleć o czymś przyjemnym?! Próbowałam. Nie da się. Byłam za słaba, ale
miałam nadzieję, że nie przeszkodzi mi w dążeniu do marzeń.
Stałam
jakiś metr od wejścia budynku. Ochroniarz spojrzał na mnie i Amy trochę
podejrzliwym wzrokiem, a później sympatycznie uśmiechnął się do stojącej za mną
mamy i szarmancko otwierając drzwi wpuścił nas do środka. Tak jak się
spodziewałam panował tam olbrzymi tłok. Niektóre twarze zapamiętałam z
castingu, inne pewnie nie były z okolic Londynu. Każdy uczestnik miał już
przypięty do ubrania numerek, z którym wystąpi.
Zdjęłam krótką, szarawą
kurtkę i podałam pewnej drobnej, rodowłosej kobiecie za blatom, która powiesiła
go na pierwszym wieszaku. Sięgnęła po długą kartkę, an której zamieszczone były
nazwiska uczestników. Chwyciła długopis w swoje kościste palce.
- Nazwisko? – zapytała piszczącym
głosem
-
Argon. Vanessa Argon – odpowiedziałam. Kobieta przejechała palcem po liście,
ale nie musiała długo szukać, bo moje nazwisko znajdowało się już na czwartym miejscu.
Jej palec skierował się w bok, zatrzymując na jakimś numerku. Rudowłosa odwróciła
się na pięcie, podeszła do szafki i wyjęła z niej coś przypominającego
plakietkę z nazwiskiem, tylko zamiast nazwiska był numerek 165988. Podała mi
go, a ja przypięłam pod dekoltem swojej błękitnej sukienki.
W
pomieszczeniu oprócz blaty, były również fotele. Bardzo dużo, różnokolorowych,
co działało na lekkie uspokojenie. Usiadłam na zielonkawym pośrodku Amy i mamy.
Moja rodzicielka wyjęła z dużej, brązowej torby gazetę i schowała za nią twarz
wpatrując się w czarne literki. Przyjaciółka zaś wyciągnęła swój ciemny
Black-berry i łagodnie stukała w klawiaturę.
- Co robisz? – zapytałam. Jak to co robi? Pisze, przecież widać! Ale musiałam czymś się
zająć, by nie myśleć o występie, który, jak
dobrze pamiętam, miał się zacząć za jakieś 20 minut, a siedzenie w zupełnej
ciszy na pewno by mi w tym nie pomogło.
-
Użeram się z tym kolesiem – westchnęła wciskając klawisz ,,wyślij”.
- Z
jakim kolesiem? – no dobra. Wiedziałam jakim, bo kto niby cały czas dzwonił i
chodził za Amy, jak nie ten chłopak z naszego sąsiedztwa? Ale musiałam z kimś
zacząć rozmawiać, żeby tylko przestać myśleć o tym występie, bo inaczej moje
serce wyskoczyłoby z swojego miejsca.
- Oj
wiesz. Ten, który mieszka naprzeciw mnie, więc i obok ciebie – powiedziała nie
odrywając wzroku od telefonu, za to coraz nerwowo stukając w klawisze;
-
Aa.. Czego chce?– nie dawałam za wygraną. Obojętnie jaki temat, byle by z kimś
porozmawiać, a Amy siedziała najbliżej.
-
Bal maturalny? – odpowiedziała, choć raczej bardziej brzmiało to jak pytanie.
Sama się zdziwiła, ze chłopak ją o to prosi. Każdy kto znał Amy wiedział, że
dziewczyna nienawidzi balów i nawet dla miliona funtów nie poszłaby na żaden.
Otworzyłam
usta żeby coś powiedzieć, gdy nagle na gigantycznym ekranie naprzeciw mnie
pojawiły się wielkie, czerwone cyfry:
125593
Większość
osób zamilkła, choć gdzieniegdzie można było dosłyszeć jakieś szepty. Każdy już
wiedział, ze uczestnik z owym numerem wystąpi jako pierwszy. Moja mama odłożyła
gazetę na kolana i rozejrzała się po sali. Ja zrobiłam to samo. Dopiero po
kilku sekundach z niebieskawego fotela wstał jakieś mężczyzna, a za nim kobieta
w podobnym wieku, tyle, ze nie posiadała żadnego numerka. Uczestnik wziął kilka
głębszych oddechów i razem z kobietą ruszyli w stronę drzwi. Przez sekundę
mogłam zobaczyć co znajduję się za nimi. Nie było tej wielkiej sali z kamerami
i Jury, tylko korytarz, w którym znajdowały się dwie osoby, ale nie zdarzyłam im
się przyjrzeć.
Odetchnęłam
z ulgą, ze to nie mój numerek wylosował się jako pierwszy, ale nie pozbawiło to
mojego stresu. Znów powtórka – bałam się, ze źle zaśpiewam, że się pomylę,
zapomnę zwrotki, a zwłaszcza po tym incydencie jaki miał miejsce na castingu.
Rozejrzałam
się po całej sali szukając znajomych twarzy. Od razu mój wzrok przykuła pulchna
kobieta, którą widziałam na castingu. Alice?
Siedziała trzymając na kolanach małą, blond włosom dziewczynkę. Dalej…
Trochę dalej od niej siedział chudy, młody chłopak, którego też pamiętałam. Szukałam
dalej.. I nagle odnalazłam tę osobę, której tak naprawdę szukałam. David
siedział zupełnie sam na kanapie mogącej pomieścić z 4 osoby. Ubrany był w
koszule w kratkę i jeansy, a bursztynowe włosy zaczesane do tyłu. Pomachałam w
jego stronę, ale chłopak nawet nie zareagował. Byłam pewna, ze na ułamek
sekundy na mnie spojrzał, wiedział, ze tu jestem, ale jednak nie dawał
jakiegokolwiek znaku, że się znamy. Dziwne..
Spojrzałam
na zegarek. Mężczyzna, który występował jako pierwszy przebywał tam już jakieś cztery
minuty. No tak – najpierw zagadanie przez prowadzącego, później kilkuminutowy (
jak dobrze pójdzie ) występ, a na koniec ocena Jury. Trochę to musi potrwać.
Wpatrywałam
się w ekran, czekając, aż cyfry się zmienią. Moje serce wariowało, a ja
modliłam się w duchu, żeby nie wylosowano mojego numerka. Ale dlaczego?
Przecież i tak prędzej czy później będę musiała wystąpić. A chyba nawet lepiej
zrobić to na początku i mieć już za sobą.
I
nagle stało się. Moment na który wszyscy czekali – numerek się zmienił.
Wszystkie oczy zwrócone ku ekranowi.
165988
Zamarłam.
Cała się trzęsłam. Moje
ręce, nogi, a nawet głowa. Bicie serca osiągnęło swoje maksimum. Byłam pewna,
ze to mój numerek, zapamiętałam. Ale i tak spojrzałam na przypiętą do mojej
sukienki plakietkę - 165988.
Byłam
bliska płaczu. Nie wiem czemu, po prostu to wszystko mnie przerastało. Jak
mogłam myśleć, że dam radę zaśpiewać przed tymi wszystkimi ludźmi? Byłam za
słaba. Nie potrafiłam poradzić sobie z stresem. Byłam za słaba. Zdecydowanie.
Zamknęłam
oczy i wzięłam jak najgłębszy oddech umiałam. Wstałam z zielonkawej kanapy. Moja
mama i Amy również stały. Jako bliskie mi osoby mogły oczywiście pójść ze mną.
Rzuciłam wzrok na Davida. Chłopak siedział wpatrując się w białe adidasy.
Zrobiło mi się smutno. Olał mnie, najzwyczajniej w świecie.
Otworzyłam
drzwi i jak podejrzewałam znajdowałam się w wąskim korytarzu. Usłyszałam jak
Amy zamka drzwi i po chwili staje już koło mnie. Zrobiłam kilkanaście kroków i
już znajdowałam się obok dwóch nieznanych mi ludzi. Kobieta przed trzydziestką,
o gęstych, jasnobrązowych włosach i sztucznym uśmiechu, najprawdopodobniej była
prowadzącą. Stała rozluźniona na butach o tak wysokim obcasie, że gdyby zrobiła
kilka kroków, zapewnie połamałaby swoje nogi. Druga osobą był kamerzysta. Czarnoskóry
mężczyzna o głębokich, ciemnych oczach i siwiejących już włosach. Przez ramie
garnituru miał przerzuconą kamerę.
- A
oto nasza druga uczestniczka! – powiedziała prezenterka, a kamera momentalnie
zwróciła się w jej kierunku. – Proszę przedstaw się – jej słowa brzmiały
bardziej jak rozkaz i miałam ochotę coś jej powiedzieć, ale co miałam zrobić?
Przecież ten program ogląda dziesiątki tysięcy Brytyjczyków.
-
Nazywam się Vanessa Argon. Mieszkam w Basildon, mam 17 lat. – zaczęłam od
niechcenia, ale czułam jak mój głos pod wpływem stresu się zmienia. Kamerzysta
zwrócił kamerę na mnie i gestem pokazał, ze mam mówić dalej. Ale co mam
powiedzieć? Nie bardzo wiedziałam, przecież powiedziałam 3 podstawowe rzeczy o
sobie.
Prezenterka
pokręciła głową, ale na szczęście kamera tego nie pochwyciła.
-
Wiec co sprawiło, że postanowiłaś pójść do tak poważnego programu jakim jest
x-factor? – mówiła to z ‘uśmiechem’ na twarzy, ale jej wredność można było wyczuć
w jej tonie głosu.
-
Marzenia – odpowiedziałam krótko, zgodnie z prawdą. Kamerzysta zrobił coś w
rodzaju facepalma, po czym znów pokręcił ręką na znak, ze mam to rozwinąć.
Postanowiłam nie niszczyć ich psychiki i odpowiedziałam to, co chcieli usłyszeć:
- Chciałam się sprawdzić i rozwijać swój talent.
-
Mm, bardzo dobrze – powiedziała brunetka. – Powiedz nam jeszcze, kto z tobą przyszedł? – wskazała ręką na mamę
i Amy.
-
Moja mama – powiedziałam pokazując czarnowłosą, drobną kobietę – I przyjaciółka
– wskazałam na blondynkę. Kamerzysta od razu pochwycił obie po czym znów
zawrócił na prezenterkę.
- W
takim razie życzymy ci powodzenia – powiedziała i gestem pokazała drewniane
drzwi. Więc będę musiała występować w tej
samej sali, w której odbywały się castingi? Najwidoczniej.
Przełknęłam
ślinę i wzięłam kolejny głęboki oddech.
Otworzyłam
drzwi.
Od razu
zaatakowało mnie światło. Jasność wypalała mi szmaragdowe tęczówki. Automatycznie
zmrużyłam oczy. Ale nie na długo, ponieważ już po kilkunastu sekundach mrugania
przyzwyczaiłam się do jasności panującej w tej sali.
Sala
wydawała się większa niż poprzednio. Duża scena, u której początku, przed
srebrnym stołem (nwm jak to nazwać) siedziały trzy osoby. Jury.
Ich obawiałam się najbardziej. To od nich wszystko zależało – mogli mnie
skrytykować, a mogli pochwalić. Mogli przepuścić, a mogli kazać wracać. Za nimi
ciągnęły się rzędy foteli. Wszystkie były zajęte przez publiczność. Ogółem mówiąc
było tu ponad setka ludzi.
Nie
widziałam swojej twarzy, ale byłam pewna, że jest blada. Na sam widok tych
wszystkich ludzi stres powracał. Szłam szybkim krokiem. Chciałam to mieć już za
sobą. Jak najszybciej. Było cicho. Słyszałam tylko stukot swoich wysokich
butów. Kilka oddechów i już stałam na środku sali.
Simon Cowell, Nicole Scherzinger i Louis Walsh.
Większość ludzi
stresuje się przed występem, ale kiedy wchodzą już na scenę stres znika. U mnie
to nie działało. Żałowałam, ale stres nie mijał. Był przed, był w trakcie, a
nawet był po.
- Dobry
wieczór – przywitałam się jak to na kulturę przystało. Ręka trzymająca mikrofon
trzęsła mi się tak mocno, że o mało nie przywaliłam nim o twarz.
-
Dobry wieczór – odpowiedziała czarnowłosa Jurorka posyłając jeden z serii
prawdziwych uśmiechów. – Przedstaw się.
Więc tak jakby powtórka z rozmowy z
prowadzącą? Imię, nazwisko, wiek. Ile razy
w ciągu jednego dnia to można powtarzać? Włożyłam kosmyk ciemnobrązowych
włosów za ucho.
-
Vanessa Argon, mam siedemnaście lat, mieszkam w Basildon. – powiedziałam na
jednym oddechu modląc się, żeby to im wystarczyło.
-
Co zaśpiewasz? – zapytał Simon Cowell.
Miałam
przygotowane dwie piosenki – Best thing I
never had od Beyonce lub Hall of fame
od The Sreapt & will.I.am. Na pewno ta druga bardziej odzwierciedlała moją
sytuacje, ale poprzez zmianę mojego głosu przez stres, na pewno lepiej będzie zaśpiewać
tę pierwszą.
- Zaśpiewam piosenkę Beyonce – Best thing i never had. – odpowiedziałam.
Czułam, że to dobry wybór. Musiał być dobry.
-
Więc zapraszamy – powiedział Cowell opierając się wygodnie o swój fotel.
Moja chwila.
Mój czas.
Moje marzenie.
W tle usłyszałam cichy podkład. Przybliżyłam
mikrofon do ust powtarzając w myślach tekst piosenki. Pomylenie jej było raczej
rzeczą niemożliwą, bowiem śpiewałam ją już kilka razy w barze, w którym pracuje
moja mama, ale zawsze jest ten jakiś 1%.
Zamknęłam
oczy, żeby lepiej skupić się na piosence, a przy okazji nie oglądać publiczności
i miny jury.
What goes around, comes back
around, hey, my baby
What goes around, comes back
around, hey, my baby, I say
What goes around, comes back
around, hey, my baby
What goes around, comes back
around
There was a time I thought,
that you did everything right
No lies, no wrong, boy I,
must have been outta my mind
So when I think of the time
that I almost loved you
You showed your ass and I, I
saw the real you
Thank God you blew it, thank
god I dodged a bullet
I'm so over you, so baby
good lookin' out.
Starałam się, aby nikt
nie poznał, że ‘zjada’ mnie stres. Im głośniej śpiewałam, tym niżej dawałam
mikrofon. Zamknięte powieki, zmarszczone czoło,, grzywka zasłaniająca twarz –
tak pewnie wyglądałam. Wsłuchiwałam się w podkład, żeby nie pomylić zwrotek lub
nie zmieścić się w czasie.
I wanted you bad, I'm so
through with that
Cause honestly you turned
out to be the best thing I never had
You turned out to be the
best thing I never had
And I'm gon' always be the
best thing you never had
Oh yeah, I bet it sucks to
be you right now
So sad, you're hurt, boo
hoo, oh did you expect me to care
You don't deserve my tears,
I guess that's why they ain't there
When I think that there was
a time that I almost loved you
You showed your ass and baby
yes I saw the real you
Thank God you blew it, thank
god I dodged a bullet
I'm so over you, baby good
lookin' out.
Starałam
się śpiewać ostrzej końcówkę, tak jak w oryginale robi to Beyonce. W uszach brzmiał
mi jej głos, choć nigdzie nie było go słuchać. Byłam tylko ja i mój głos. Tylko to.
I wanted you bad, I'm so
through with that
Cause honestly you turned
out to be the best thing I never had
I said you turned out to be
the best thing I never had
And I'll never be the best
thing you never had
Oh baby I bet it sucks to be
you right now
I know you want me back
It's time to face the facts
that I'm the one that's got away
Lord knows that it will take
another place, another time, another world, another life
Thank god I found the good
in goodbye.
(nie
bd tłumaczyła, zbyt duży tekst)
Mój
głos dostawał coraz większej chrypki. Bałam się, że nie będę potrafiła
wyciągnąć kolejnej zwrotki, ale na moje
szczęście w momencie, gdy otworzyłam oczy, Simon Cowell uniósł rękę.
Stop.
Moje serce wariowało,
gdy przez ten ułamek sekundy wszyscy wpatrywali się we mnie jak jakieś rzeźby. I
w jednej chwili usłyszałam brawa. Nierytmiczne brawa skierowane w moją stronę.
Niektórzy piszczeli do tego. Jury też klaskało. Louis z uśmiechem na twarzy
szeptał coś do Nicole nie przerywając klaskania, a Simon Cowell wstał!
Wstał ze swojego miejsca, a za nim zrobiła to połowa publiczności. Przez dobrą
minutę słychać było tylko głos odbijających się od siebie dłoni.
- Vanessa, masz 17 lat?
Dobrze zapamiętałam? – zapytała Nicole, gdy Cowell zajął już miejsce obok niej.
- Tak, zgadza się. –
odpowiedziałam biorąc przy tym głęboki oddech, by dostarczyć tlenu do mojego
organizmu.
- Gdybym cię nie
widziała, nigdy nie uwierzyłabym, że masz 17 lat. Twój głos jest taki głęboki i
szczery i.. – przerwała poszukując dobrego słowa. – i dojrzały. Naprawdę mi
zaimponowałaś.
Po sali znów rozległy
się oklaski i piski. Pierwszy raz poczułam się rozluźniona. Nie, stres nie
minął – był dalej, ale jakby mniejszy. Jakbym nagle w siebie uwierzyła.
- Stuprocentowo zgadzam
się z Nicole – powiedział Lou. – Ale jest jeden mały problem. - twoja choreografia.
Stałaś trochę jak kołek, a musisz zapamiętać, ze ruch na scenie jest bardzo
ważny. Masz za to ode mnie minusa.
Po sali rozbiegły się
wrzaski typu ,,buuuu”.
Skinęłam głową na znak,
ze rozumiem. Nie pomyślałam o choreografii, mój błąd.
- Nie wiem czego Louis
się czepia – zaczął Simon – Ale jak dla mnie, to był najlepszy występ w tej
edycji!
Po sali rozległ się ponowny
dźwięk klasków.
- Ja nie mówię, że nie
podobał mi się jej występ – zaczął Walsh kierując słowa do Cowella. – Wręcz przeciwnie,
bardzo podobał. Ale ruch na scenie jest bardzo ważny.
Zastanawiałam się co
Simon mu na to odpowie. Myślę, że nie tylko ja.
- Tak, zgadzam się. Ale
takiego talentu nie można zmarnować. Myślę, że trzeba by połączyć dziewczynę w
zespół z innymi wspaniałymi wokalistkami. Wtedy im wszystkim będzie o wiele
łatwiej.
Zespół?
Ja i zespół?
Z początku ten pomysł
nie bardzo mi się podobał, ale już po kilkudziesięciu sekundach stał się dla
mnie genialny. Każdy wie, że solowy wokalista ma o wiele, wiele trudniej przebić
się do show-biznesu.
- No cóż, Simon. O tym
pomyślimy później – rzekł Louis. – Głosujmy.
- Vanesso, jesteś
naprawdę bardzo utalentowana. Myślę, ze ruchy sceniczne da się wyćwiczyć.
Jestem na tak.
Znów oklaski, znów
piski, znów uśmiech na mojej twarzy.
- Dziękuje – szepnęłam do
mikrofonu.
- Jesteś mistrzynią w
tym co robisz. Jak najbardziej tak! – powiedział Cowell i razem z publicznością
zaczął bić brawa.
Nie
zależnie co powie Walsh i tak przejdę dalej!
- Obiecaj mi, ze popracujesz nad choreografią – powiedział Louis.
- Obiecaj mi, ze popracujesz nad choreografią – powiedział Louis.
- Obiecuję –
odpowiedziałam natychmiastowo.
- W takim razie jestem
na tak!
3
razy tak.
Owacje
na stojąco od samego Cowella.
Przejście
do następnego etapu.
Udało się!
Podziękowałam
im chyba ze sto razy, po czym pobiegłam do drzwi i zawiesiłam się na szyi
matki. Łzy poleciały mi z oczu. Miałam gdzieś, ze kamerzysta wszystko kameruje,
że te wszystkie moje emocje będą puszczane w telewizji.
Najważniejsze było to,
ze się udało.
Wytarłam łzy ‘tańczące’
po moich policzkach.
Drzwi korytarza otwarły
się i stanął w nich kolejny uczestnik. Tak, to był on –David. Szedł sam. Gdy mnie zobaczył jego mina się
skrzywiła i zwolnił tępo, by nie przejść koło mnie. Spojrzałam na niego pytającym
wzrokiem, ale on tylko pokiwał głową i przewrócił oczami.
Nic nie rozumiałam.
Ostatnio był miły. Jaki
jest powód, ze po miesiącu traktuje mnie, jakbyśmy się nigdy nie znali?
Ludzie są dziwni.
------------------------------------
Jest! :D .
od teraz można komentować bez konta google, tzn. z Anonima ;) .
Dzięki wszystkim, którzy czytają ;).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)