Aktualności:

Aktualności:
14.04.13r, 22;23.

♥ Dodałam nowy rozdział :)

niedziela, 14 kwietnia 2013

Rozdział V . ''The new band" .



           Przejście do następnego etapu programu x-factor równało się z tym, że musiałam opuścić swój mały, rodzinny dom i zamieszkać przez pewien czas w jednym z tzn ‘domów jurorskich’. Nie wiedziałam jeszcze, u którego Jurora zamieszkam, ale w głębi duszy miałam nadzieje, że będzie to Simon lub Nicole, bo odniosłam wrażenie, że Louis za mną nie przepada. Trochę smutno mi było zostawiać tak mamę samą, ale obie wiedziałyśmy, że zawsze trzeba z czegoś zrezygnować, żeby mieć co innego. W gruncie rzeczy miałam dostać swój własny pokój, o czym zawsze marzyłam, gdyż spanie na fotelu w salonie, z którego wychodziły sprężyny, nie dające się człowiekowi wyspać, ba, a nawet czasem raniące ciało, zdecydowanie nie były mi na rękę.
            Zgodnie z informacjami, jakie otrzymałam zaraz po przejściu do następnego etapu, uczestnicy mieli zjawić się w tym samym budynku, w którym już dwa razy udało mi się wygrać. Tym razem nie chodziło o żadne występy, ale o wylosowanie, kto będzie czyim mentorem.
            Przecudna pogoda raziła moje szmaragdowe tęczówki, namawiając mnie na to, bym założyła okulary przeciwsłoneczne, a lekki wiatr kołysał poje włosy, związane w wysoki ‘kucyk’. Szłam ubrana w czarne alladynki i szarą bluzkę z napisem; ‘Keep calm and love music’, którą dostałam od Amy. Oczywiście nie chciałam jej przyjąć, nie lubiłam, jak ludzie dawali mi prezenty, bo sama nie miałąm z czego im się zrewanżować, ale przyjaciółka broniła się i wmawiała, że to z okazji mojego przejścia do x-factor. W lewej ręce trzymałam jakąś starą bluzę, którą wzięłam z deszczowego Basildon aż do słonecznego Londynu (niby tylko 40 km, ale pogoda zdumiewająco inna).
            Niby było tak samo jak przedtem – ten sam budynek, ci sami ludzie. Ale nie było stresu, moje serce stukało regularnie 70 razy na minutę. Także koło mnie nie było blondwłosej przyjaciółki. Jakaś godzinę przed wyjazdem otrzymałam dziwny telefon od Amy, która mówiła bardzo szybkim i zdenerwowanym tonem, że coś ważnego jej wypadło. Zrozumiałam. Znałam ją i wiem, że coś naprawdę poważnego musiało się stać, by dziewczyna nie zrobiła czegoś co mi obiecała. Nie byłam na nią zła, ani nic w tym stylu, ale bardzo się o nią martwiłam. Co się mogło wydarzyć? Na samą myśl, że mogło jej się coś stać przechodziły mnie ciarki. Ale to tylko moje wyobrażenia.. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam.
            W poczekalni nie panował już taki wielki tłok jak wtedy. Było zaledwie kilkanaście osób. Ci najlepsi. Ci, którzy się dostali. Katem oka dostrzegłam Davida. Siedział sam, jak zawsze. Ręce schował w przednich kieszeniach jeansów, kciuki pozostawiając na zewnątrz, a jego bursztynowe włosy przykrywał kaptur granatowej bluzy. Nie widziałam jego oczu, więc nie mogłam dostrzec czy spojrzał na mnie, czy zauważył, że weszłam czy też nie. Czułam. Po prostu czułam, że coś się stało. Coś musiało się wydarzyć. Bo raczej nie możliwe jest, że człowiek tak od tak, z dnia na dzień, z wesołego, lekko denerwującego, ale sympatycznego chłopaka zmienił się w pochmurnego, wydającego się niemającego uczuć gnojka? A może od zawsze taki był? Przecież znałam go tylko z.. godzinę? Właściwie to nawet nic o nim nie wiem. Wiec czemu mnie interesują jego problemy? Przecież jestem dla niego zupełnie obcą osobą. Zupełnie jak on dla mnie.
            - Dory czas -  usłyszałam ciche pomruknięcie, a moja głowa automatycznie odwróciła się w kierunku osoby, która to wypowiedziała. Moje oczy utknęły, rzecz jasna, na mojej mamie, która wpatrywała się w swój cienki zegarek u lewej dłoni.  -Jest 10;31, powinni już zaczynać.
            Nie minęła sekunda od jej krótkiej wypowiedzi, gdy drewniane drzwi z hukiem się otworzyły. W drzwiach stanęła prowadząca program x-factor wraz ze swoim kamerzystą. Wysoka brunetka o sztucznym uśmiechu (pomijając tak samo sztuczny biust) szła na kilkunasto centymetrowych żółtych obcasach nabijanych ćwiekami. Ubrana w obcisły, czarny top okryty jeansową kurteczką i zbliżonych do jeansów spodniach odkrywające kościste łydki. Szla nerwowym krokiem, a w sali było słychać tylko stukot jej wysokich butów. Czarnoskóry kamerzysta za to szedł za nią spokojnym krokiem. Prawą ręką trzymał przerzucona przez ramię kamerę, a lewą drapał się po niemal łysej głowie, na której tylko gdzieniegdzie można było zauważyć szary włos. Jego eleganckie, czarne buty mieniły się poprzez spadające na nie światło żyrandolu. Miał dopasowany czarny garnitur, białą koszulę i wąski granatowy krawat.
            - Okej, Jay, możemy zaczynać - prowadząca zwróciła się kamerzysty wysokim głosem chwytając swoją brązową grzywkę i chowając za uchem. Odchrząknęła, stając na pierwszym planie, zaraz przed uczestnikami. Przybliżyła czarny mikrofon do swoich dużych, malinowych ust.
Czerwony błysk kamery.
            - Dzień dobry państwu - spojrzała Prost do kamery mówiąc zupełnie innym głosem.  Osoby, które nie słyszały jej przed chwila mogły pomyśleć o niej, jak o sympatycznej osobie, ale wcale się taka nie wydawała. Ale cóż, płacą jej za to, że udaje zupełnie innego człowieka przed kamerą. - Witamy w waszym ulubionym programie muzycznym, x-factor - sztuczny uśmiech - Jak wiecie do domu jurorskiego dostała się najlepsza piętnastka. Znajdują się tu zarówno soliści, jak i grupy.
Prezenterka przesunęła się o parę kroków w lewo pozwalając kamerzyście ująć wszystkich uczestników. Prawie wszyscy (prawie, bo oprócz Davida) pomachaliśmy w stronę kamery. Poczułam jak duma spływa po moim ciele. Szczęście, ze udało mi się zajść tak daleko. Udało. A teraz ci wszyscy ludzie, którzy we mnie nie wierzyli zobaczą mnie i zrozumieją, że ludzi nienależny oceniać po okładce. Nie zależnie od stanu majątkowego czy wyglądu - każdemu może się udać.
- Mamy tu sześciu solistów i trzy grupy. Dwie dwuosobowe i jedna pięcio. - kontynuowała brunetka. - za chwileczkę uczestnicy rozprowadzą się po salach. Podzieleni będą na trzy grupy. W tym roku robimy niespodziewaną zmianę i uczestnicy nie zostaną przydzieleni do sal rocznikowo, ale wylosują ja.
Spojrzałam z dziwieniem na prezenterkę. Nie słyszałam o tej nowej – ‘regule’. Nie  tylko mnie to zszokowało. Połowa uczestników szeptała zdezorientowana miedzy sobą. Szybko do mnie dotarło, ze i tka nie robi mi to większej różnicy - jedyna osobą, którą znam tu, jest Dave, ale on najwidoczniej nie chce ze mną rozmawiać .
- Tak wiec prosimy uczestników o podejście do lady - wskazała ręką na biało-czarną ladę stojącą w koncie poczekalni.
 Poderwałam się z miejsca, a wraz ze mną inni uczestnicy. Zrobiła się długa kolejka, w której byłam około w środku. Przed sobą miałam rude włosy jakieś drobnej dziewczyny, które z każdej obrotem jej głowy lekko chłostały mnie w twarz. Spojrzałam na początek kolejki - pierwszy był David. Wkładał właśnie rękę do jakiegoś szarego pudła. Zamknął oczy i chwile przesuwał po karteczkach w pudle, aż wyciągnął dłoń trzymając szczelnie zamknięty kawałek papieru.
- Pierwszy uczestnik wylosował już numerek sali - powiedziała prowadząca, po czym spojrzała na prostującego zagniecioną kartkę Davida. Już po sekundzie chłopak odczytywał numerek na papierku. - Widzę, że wylosował salę numer dwa. -  zwróciła się do kamery z sztucznym uśmiechem.
Dave schował karteczkę do kieszeni jeansów i zwrócił się do drzwi z białego dębu, na których widniała ogromna, zielona dwójka.
Kolejna uczestniczka - wysoka blondynka wylosowała salę numer 1. Kolejna -- starsza, pulchna kobieta wylosowała ten sam numer co David. Dwuosobowy zespól, składający się z dwóch sióstr wylosował trójkę. Jakiemuś średniej-wielkości, czarnowłosemu męźczyźnie wylosowała się dwójeczka. Kolejny zespół dwuosobowy chwycił karteczkę z trójką. Rudowłosej dziewczynie przede mną wylosowała się sala numer jeden.
Kolej na mnie.
Chwyciłam powietrze do płuc, a moja dłoń zanurkowała w szarawy karton. Od razu poczułam łaskoczące mnie małe kawałeczki papieru. Jeździłam po nich w duchu modląc się, żeby wylosować salę drugą. Tak, nie ukrywam, że chciałam być w tej grupie co David. W tym samym domu co on. Chciałam dowiedzieć się czemu tak postępuje.
Chwyciłam pierwszą karteczkę jaka wpadła mi w ręce. Będzie tak jak los chce. Wynurzyłam dłoń nerwowo prostowałam papierek, powtarzając w myślach, że zawsze jest te 33,3 % Głupie kilkadziesiąt procent, które dodaje nadziei .. Spojrzałam na własnoręcznie pisany napis:
Sala numer jeden.
Czułam leciutkie ukłucie wokół serca. Więc jednak los chciał bym trzymała się z dala od niego. Przymknęłam oczy i wypuściłam powietrze z ust.
Pokazałam numerek kamerze starając się przy tym uśmiechnąć. Trzymając go nadal w dłoniach weszłam do wskazanej sali. Sali numer jeden.
W tej sali tego budynku jeszcze nie byłam. Duże pomieszczenie otaczały ściany z grubego gipsu w kolorze kremowym. Jasnoniebieskie płytki podłogi lśniły czystością. Na samym środku podłoga była podniesiona o jeden stopień. Stali tam już dwaj uczestnicy – wysoka, szczupła nastolatka o jasnych włosach i głębokich, piwnych oczach wydawała się lekko zestresowana. Rudowłosa dziewczyna o zielonych tęczówkach łagodnie się we mnie wpatrywała, a kąciki jej dużych ust powędrowały ku górze..
Trochę niepewnym krokiem podeszłam do grupki i stanęłam obok rudowłosej dziewczyny. Patrzałam przed siebie, ale doskonale czułam jej wzrok ilustrujący mnie od stóp do głowy. Czekałam, aż do sali wejdzie kolejny uczestnik i całe zainteresowanie spocznie na nim.
- Cześć. Jestem Margaret, ale mów mi Meg – powiedziała po chwili rudowłosa nastolatka z szerokim uśmiechem podając mi rękę.
- Vanessa – uścisnęłam dłoń i odwzajemniłam uśmiech.
- Do kogo chciałabyś trafić? – zapytała po kilkusekundowym milczeniu.
Jak już wspominałabym trafić do Simona lub Nicole. Ale co miałam powiedzieć nowo poznanej dziewczynie? Że odczułam wrażenie, że Louis nie bardzo za mną przepadał. Niby tylko powiedział, ze nie pasowała mu moja choreografia, której wprawdzie nie było, ale jego ton, w jakim to mówił świadczył o tym, że nie jest zainteresowany uczyć mnie poruszania na scenie.
- Nie zastanawiałam się jeszcze nad tym – skłamałam.
- Ja też nie – wzruszyła ramionami. – Ale chyba najlepszy jest Cowell, nie uważasz?
Jak uważam? Dla mnie cała trójka jest najlepsza. Każdy z nich coś osiągnął, każdemu udało poprowadzić się jakąś drużynę do końca. Trudny wybór, który z nich był tym naj.
- Scherzinger i Walsh też są dobrzy.
- Tak, masz racje – przytaknęła. Chwile wpatrywała się w ziemie, po czym znów spojrzała na mnie wielkimi oczami i szeroko rozciągnęła usta. – Mi Walsh powiedział, że za słabo ciągnę końcówki i był na ‘nie’ – znów wzruszyła ramionami, ale uśmiech nie schodził jej z twarzy. Najwidoczniej dla niej liczyło się to że przeszła, nie to, ile miała głosów.
- Mi, że stoję jak kołek – zaśmiałam się, a Meg razem ze mną. – Potem coś wspomniał, ze powinnam być w zespole, a nie występować solo.
            Rudowłosa otworzyła usta by coś powiedzieć,  gdy drzwi otworzyły się i do środka weszła starsza, pulchna kobieta. Miała które, farbowane loki i małe, ciemne oczy, przykryte do połowy ciężkimi powiekami.  Zilustrowała  wszystkich groźnym wzrokiem i stanęła koło wysokiej blondynki.
            - Boje się jej – szepnęła mi żartobliwie Meg do ucha, a ja się zaśmiała. Zdążyłam  polubić sympatyczną nastolatkę. Margaret pryskała niesamowitą energią, jakiej mi brakowało.
            Po chwili drzwi znów się otworzyły i stanął w nich około dwudziestoletni chłopak. Na jasnych włosach trzymał czapkę z daszkiem zasłaniającą jego twarz. Nie spojrzał na nikogo, ale szedł szybkim krokiem w naszym kierunku, aż stanął między mną, a Margaret. Spojrzałam na niego zaciekawiona, ale on wpatrywał się w podłogę, jakby ona była najważniejsza w całym budynku.
            Drzwi znów się otworzyły, ale ni stanął w nich żaden uczestnik. Usłyszeliśmy mocny stukot wysokich butów. Prezenterka wraz z kamerzystą zmierzała w naszym kierunku.
            - Karteczki wylosowane, moi drodzy – rzekła posyłając jeden z sztucznych uśmiechów. – Jay, włącz kamerę, za minutkę powinien przyjść Juror, który wylosował te nieszczęsną grupkę – powiedziała ironicznie lekko przy tym wzdychając. Ustawiła się koło nas. A raczej obok mnie. Ona, ja, tajemniczy chłopak, Margaret, blondynka, i gruba kobieta. W takiej kolejności staliśmy przed białymi drzwiami. Kamerzysta za to czuwał przy drzwiach an wejście naszego przyszłego mentora.
            Sekundy mijały.
            Panowała zupełna cisza.
            Wszystkie oczy zwrócone w białe drzwi.
            Kroki.
            Szarpnięcie za klamkę.
            Lewa nogawka czarnych spodni naszego przyszłego mentora lub mentorki.
            Jest.
            Nasz mentor, bo jak się okazało był mężczyzną, widząc pięcioosobową grupkę szeroko się uśmiechnął. Uczestnicy zaczęli piszczeć i bić brawa na ‘przywitanie’ Simona Cowella. Dołączyłam do nich. Margaret skakała z radości. Także stojący obok mnie chłopak zdjął czapkę i przez ułamek sekundy nasze uczy spotkały się ze sobą. Miał najciemniejszy odcień niebieskiego jaki w życiu widziałam. Szybko odwrócił głowę i klaskał wpatrując się w Cowella. Kamerzysta ujmował całe zdarzenie z wszystkich stron. Gdy brawa ucichły prezenterka zbliżyła się do naszego mentora, który stał już pomiędzy blondynką a Meg.
            - Margaret Smith, Vanessa Argon, Gabrielle McFegan, Connie Brown i Rafael Fosher – powiedziała brunetka wyczytując nasze nazwiska z listy, zwracając się do Simona. – Jak podoba ci się ten skład?
            Cowell rozejrzał się i uśmiechnął do wszystkich swoich podopiecznych i zwrócił się do prezenterki.
            - Wszystkich pamiętam z ich pierwszego występu. Mają niesamowite wokale, każdy z nich różni się od siebie, ale wierze, że dają sobie radę i jestem naprawdę szczęśliwy,  ze wylosowałem właśnie taką grupę-mieszaną. Postaram się ich przygotować jak najlepiej potrafię i z całych moich sił będę dążył, by pomóc im w zrealizowaniu marzeń związanych z tym programem.
            - My również wierzymy, że dają sobie rade – zwróciła się do kamery. – Oto drużyna Simona Cowella! A teraz przenosimy się do sali numer dwa. – powiedziała, a kamerzysta jeszcze raz ujął wszystkich zgromadzonych po czym razem z prowadzącą wyszli z sali.
            - Miło was wszystkich znów widzieć – powiedział Simon posyłając wszystkim ciepły uśmiech. –Przejdźmy od razu do rzeczy. Plany są takie, że zamieszkacie w moim domu. Co tydzień odbywać się będą występy, podczas których jedna osoba, bądź grupa odpadnie. W czasie przybywania w moich skromnych progach będę starał się was przygotować do każdego odcinka, znaczy, że pomogę wam wybrać piosenkę, stroje i ustalę odpowiednią choreografie. Co do niektórych mam jeszcze inne plany.. – ostatnie zdanie rzekł spoglądając na mnie. Centralnie! Jego niebieskie oczy spotkały się z moimi szmaragdowymi, tak, jakby te zdanie dotyczyło mnie. Na pewno dotyczyło..
            Kolejne sprawy potoczyły się szybko – pożegnałam się z mamą, obiecając, ze za niedługo się spotkamy. Wzięłam naszykowaną już wcześniej dość małą, starą walizkę i razem z innymi uczestnikami wsiadłam do czarnego mini-busa.
            Jazda nie zajęła więcej niż pół godziny. Margaret opowiadała mi troszkę o sobie. Okazało się, że pochodzi z Walii, gdzie mieszka z rodzicami i dwoma braćmi. Jest rok starsza ode mnie (w październiku kończy dziewiętnaście lat). Tak jak ja, przed pójściem do programu śpiewała w barach, ale, jak stwierdziła; robiła to tylko, żeby zwalczyć stres. Dowiedziałam się również, że jest wielką fanką One Direction, na których się wzoruje. Nienawidzi metalu, za to uwielbia pop i rap, nawet potrafi trochę rapować. Nienawidzi jak mówi się do niej ‘Maggie’, bo tak nazywają ją tylko rodzice, no i czasami bracia. W szkole zawsze była wielką gadułą (co jak widać do dzisiaj jej zostało). Od dzieciństwa jeździ konno i gra na trąbce. Opowiadała o swoim hobby, takim jak skateboaring i spacery o zachodzie słońca..
            Ja też jej trochę o sobie poopowiadałam. Między innymi o tym, że mieszkam w małym miasteczku pod Londynem z mamą. Sprawy z ojcem postanowiłam zachować dla siebie. Nie lubiłam o nim opowiadać. Prawda jest taka, że sama mało wiedziałam. Dziwne uczucie, gdy nie zna się osoby, która powinna być najważniejsza w twoim życiu. Powinna. A jeszcze gorsze jest uczcie, gdy wiesz, że ta osoba wszystko zrobiła specjalnie, zniszczyła twoje i twojej rodzicielki życie, a niczego nie załuje..
            - No to jesteśmy na miejscu – głos Simona Cowella obudził mnie z namysłu. Mentor wyszedł z wozu pierwszy, za nim blondynka, chłopak, kobieta, Meg i na końcu ja. Rozprostowałam nogi i spojrzałam na dom, w którym przez najbliższy tydzień, dwa lub nawet więcej będę mieszkać.
            To, co przez Simona określone było słowem ‘skromny’ okazało się wielką willą. Białe ściany budynku otaczał dwumetrowy, jasny mur. Dach ułożony z czerwonych dachówek mienił się w słońcu. Wielkie białe schody, pod którymi znajdował się wielki garaż. Odkryty basen za budynkiem i leżaki na tarasie. Nie dało się tego opisać. To było jak przedziwny sen, w którym główna bohaterka, czyli ja, zostaje księżniczką i ma zamieszkać w pięknym pałacu.
            Spojrzałam na Meg i obie roześmiałyśmy się. Rudowłosa popchnęła mnie łokciem i obie poszłyśmy do naszego tymczasowego domu.
            Wewnętrzna część domu była jeszcze bardziej zniewalająca. Deski podłogi symetrycznie do siebie ułożone lśniły, tak, że mogły zastąpić lustro. Przyglądając się dokładnie widziałam swoje odbicie. W każdym pokoju ściany pomalowane były łagodnymi kolorami, ale zdecydowanie przeważała mięta i żółć.
            Najpiękniejszy był salon. Duży pokój z balkonem. Na lśniącym dywanie położony był miękki, biały dywan w kształcie koła. Na bladożółtej ścianie wisiała gigantyczna plazma. Jakieś pięć metrów przed nią stała żółta kanapa z brązowym podparciem u boku na różne przekąski. Pomiędzy nimi stał mały stolik podpierany na jednej nóżce, na którym stał przezroczysty wazon z świeżymi tulipanami obwiązanych czerwoną kokardą. Koło drzwi stały dwie półki z schludnie poukładanymi płytami, takich grup jak The Beatles. Po drugiej stronie natomiast były wielkie, kremowe schody z wąskim, czerwonym dywanem na środku.
            - Schodami na górę – rzekł Cowell wskazując na kremowe cudo. – Pierwsze pięć drzwi to wasze pokoje. Kto pierwszy ten lepszy.
            W bieg rzuciła się blondynka, której najwidoczniej bardzo zależało na dostaniu jak najlepszego pokoju. Uśmiechnęłam się do Meg, kręcoc przy tym głową i obie ruszyłyśmy za dziewczyną, by zająć pokoje obok siebie.
            Pierwsze co zobaczyłam to długi korytarz przypominający poczekalnie w budynku x-factora. Po lewej stronie zauważyłam dwoje drzwi z ciemnego drewna, po prawej zaś troje, w tym ostatnie z czerwoną tabliczką: Nie przeszkadzać. ~ C.B
            - C.B? – zdziwiłam się.
            - To pewnie ta Connie – wzruszyła ramionami Meg. – Co jak co, ale dziewczyna jest naprawdę szybka.
            Przytaknęłam głową, na znak, ze zgadzam się z jej stwierdzeniem śmiejąc się przy tym. Chwile stałyśmy chichocząc, gdy usłyszałyśmy kroki dobiegające z schodów.
            - Pośpieszmy się, bo zajmą nam najlepsze – zaśmiałam się. – Bierzemy te dwa koło siebie? – zapytałam wskazując na ciemne drzwi po lewej stronie.
            Margaret nie odpowiedziała, ale uśmiechnęła się ciepło i ruszyła w pierwsze drzwi po lewej stronie machając mi na chwilowe pożegnanie. Poszłam w jej ślady i weszłam do pokoju obok.
            Duży pokój o błękitnych ścianach i jasnej, drewnianej podłodze. Na środku stało wielkie łóżko z fioletowym prześcieradłem i dwoma poduszkami. Nie rozglądając się po reszcie pokoju od razu wskoczyłam na najcenniejszą tam rzecz. Łóżko było największe i najmiększe, na jakim w życiu leżałam. Z porównaniu z moim małym łóżeczkiem o wystających sprężynach, które wbijały się w ciało, przez co nie dało się spać, to to było jak  najlepsze łóżko świata. Po prostu tylko one potrzebne mi było do szczęścia.
            Moja rozkosz nie trwała długo, bo po chwili usłyszałam zwyczajny dzwonek telefonu. Zdziwiłam się, bo przecież ja nie posiadałam takiego urządzenia. Początkowo myślałam, ze to może w pokoju obok, ale szybko wyrzuciłam te myśl, bo wydawało się, jakby telefon był z kilka metrów ode mnie. I był. Leżał na stoliku nocnym obok mojego wygodnego łóżko. Nie był to telefon komórkowy, ale zwykły stacjonarny. Niepewnie przyłożyłam słuchawkę do ucha.
            - Hallo?
            - Vanessa Argon, proszę przyjdź do salonu – usłyszałam głos Simona Cowella. Skąd on wiedział, gdzie ja mam pokój, skoro ulokowałam się tu zaledwie kilka minut temu?  Odpowiedziałam szybkie ‘oczywiście’ po czym wyszłam z pokoju i zeszłam po kremowych schodach.
            Na kanapie siedziała Margaret, a obok niej wysoka blondynka. Koło nich, oparty o ścianę stał Simon, który widząc mnie, gestem wskazał, że mam usiąść. Od razu wykonałam polecenie.
            - Wiem, ze jesteście zmęczone, dlatego zajmę wam tylko chwilkę – powiedział mentor stając naprzeciw nas.
            - Nie czekamy na resztę? – zapytała cienkim głosem blondynka.
            - Nie, już wszyscy są – odpowiedział Simon. Ale byłam tylko ja, Meg i ta dziewczyna. Gdzie chłopak i starsza pani? – Pozwólcie, ze się streszczę; doskonale pamiętam was z 1-wszego odcinka. Szczerze, miałem wielką nadzieje, ze to wy mi się traficie, bo wasz wokal jest cudowny. Naprawdę.. – mentor chodził w te i z powrotem co chwila zerkając na nas. – Jednakże czegoś mi brakowało. Każda z was ma inną barwę, przez co repertuar może dla niektórych być trochę nudny..
            - Nie rozumiem do czego zmierzasz – przerwała mu blondynka.
            Simon podniósł brew lekko zdziwiony, ze ktoś mu przerwał.
            - Już mówię. Otóż chodzi mi o to, by połączyć was w zespół.
            Zespół?
            Spojrzałam na Margaret, która przyjęła tę wiadomość z szczerą radością. Wpatrywała się w Cowella w szerokim uśmiechu dokładnie wsłuchiwając się w jego słowa. Connie natomiast patrzyła na niego z rozwartymi ustami nie ukrywając zdziwu.
            - W grupie wasze głosy idealnie by się dopełniały. Zauważyłem to i jestem pewien, ze razem zdziałacie więcej. – kontynuował Simon. – Oczywiście wybór należy do was. Nie musicie od razu podejmować decyzji. Wróćcie do swoich pokoi i rozmyślcie moja propozycję. Gdy będziecie gotowe dajcie mi znać. Miłego dnia życzę – tymi słowami zakończył naradę zostawiając nas same w salonie.
            Przez chwilę panowała cisza.
            - To co robimy? – zapytała Margaret wpatrując się to we mnie, to w Connie.
            Sama nie wiedziałam. Na pewno w zespole jest raźniej, ale wokalista solowy podejmuje własne decyzje.
            Wybór był trudny. Bardzo trudny.

niedziela, 24 marca 2013

Rozdział IV . ''People are strange" .



W ciągu ostatniego miesiąca poczułam nagły przypływ nowych ,,przyjaciół”. Nie mam najmniejszego pojęcia jak to się stało, ale wieść o tym, że przeszłam do x-factora rozniosła się bardzo szybko, jak na  tak dużą szkołę, liczącą ponad 600 uczniów. Z dnia na dzień stawałam się coraz bardziej popularna, większość (o ile nie wszyscy) znali moje imię, a idąc szkolnym korytarzem co chwila słyszałam powitania i sztuczne uśmiechy skierowane w moją stronę. Dziewczyny z młodszych klas chodziły za mną i przechwalały się koleżanką, jak to bardzo mnie znają i w jaki to sposób zostałyśmy przyjaciółkami, co oczywiście było kompletną nieprawdą. Spławiałam te dziewczyny, ale ona jak na złość coraz bardziej za mną chodziły. Zdarzały się także nasze ,,przypadkowe” spotkania na ulicy, choć ja bardzo dobrze wiedziałam, że celowo za mną szły. Także coraz więcej chłopaków się za mną oglądało. Na szczęście nauczyłam się jak ich spławić – lata praktyki przyglądania się jak to Amy robiła.
            Ale nie tylko tak było. Oprócz nowych ,,przyjaciół” zyskałam też nowych wrogów. Były to zazwyczaj te popularne dziewczyny (patrz: ‘plastiki’). Nie były zazdrosne o to, że dostałam przepustkę na nowe życie, ze dostałam szanse zaistnieć w show-biznesie. Nie. One po prostu wyczuwały we mnie konkurencje, traktowały jak jakąś osobę, która chce pozaliczać wszystkich facetów, która chce odebrać ich przyjaciółki i chłopaków. Totalny bezsens. Wchodząc do szkoły i otwierając swoją szafkę z numerem 62 często zastawałam jakieś karteczki z groźbami lub wyzwiskami. Ale co ja komu zrobiłam? Nic nie rozumiałam. Nic.
            Tego dnia również otwierając swoją szafkę na zielonych książkach matematyki zobaczyłam małą karteczkę. Od razu pomyślałam, że to pewnie znów te ‘plastikowe’ dziewczyny ją podłożyły. Pokiwałam głową z niedowierzenia, jak one mogą myśleć, ze mnie to jakkolwiek rusza? Szczerze miałam gdzieś te ich hejty. Wyciągnęłam mały skrawek papieru i rozciągnęłam go. Moim oczom ukazały się chwiejące, nierówne litery:

Ty wredna mała suko. Jesli zjawisz się dzisiaj w programie, to będzie twój ostatni dzień. Zapamiętaj sobie moje słowa. Ostrzegam!

Parsknęłam śmiechem i zgniotłam karteczkę, po czym wyrzuciłam do kosza. Ci ludzie naprawdę myślą, ze boję się tych gróźb? Żałosne. Zastanawiał mnie tylko fakt, skąd ta osoba wiedziała,  że właśnie dzisiaj mam zjawić się w x-factorze? Wiedziała tylko Amy, a ona nigdy by tego nikomu nie powiedziała. Wiec jak? Może w Internecie zamieszczone są nazwiska wszystkich uczestników? Tak, pewnie tak. Ale skąd może to wiedzieć taka osoba jak ja, czyli osoba pozbawiona Internetu w domu?
            Rozejrzałam się po korytarzu. Widok taki sam jak od miesiąca, czyli od przejścia do x-factor – osoby gapiące się na mnie i szepczące do ucha swojego towarzysza. To wkurzało. Przecież jestem zwykłą dziewczyną, nie jakąś znaną superstar.
            Ludzie są dziwni.
           
*

            20.03.2013r. Po raz trzeci stałam przed wielkim, białym budynkiem. Było zupełnie inaczej niż ostatnim razem  - tłoczno. Przed wejściem stało dwóch tęgich ochroniarzy, co chwila wpuszczających szarmancko ludzi. Na parkingach brakowało miejsc, a jak to na Londyn przystało, parkingi były tu ogromne. Zobaczyłam również kilku kamerzystów ciągnących za sobą ogromny sprzęt. Z każdym krokiem, z każdą sekundą i z każdym spojrzeniem na otaczającą mnie rzeczywistość moje serce biło coraz mocniej. To był mój największy wróg - stres. Nie potrafiłam go powstrzymać za żadne skarby. Po prostu był. Był gdzieś tam w środku i w najważniejszych dla mnie chwilach się ujawniał. Nie potrafiłam z nim walczyć, a on perfidnie to wykorzystywał. Jedyną metodą na jego powstrzymanie było zamknięcie oczu i pomyślenie o czymś przyjemnym. Ale jak w takiej chwili można myśleć o czymś przyjemnym?! Próbowałam. Nie da się. Byłam za słaba, ale miałam nadzieję, że nie przeszkodzi mi w dążeniu do marzeń.
            Stałam jakiś metr od wejścia budynku. Ochroniarz spojrzał na mnie i Amy trochę podejrzliwym wzrokiem, a później sympatycznie uśmiechnął się do stojącej za mną mamy i szarmancko otwierając drzwi wpuścił nas do środka. Tak jak się spodziewałam panował tam olbrzymi tłok. Niektóre twarze zapamiętałam z castingu, inne pewnie nie były z okolic Londynu. Każdy uczestnik miał już przypięty do ubrania numerek, z którym wystąpi.
Zdjęłam krótką, szarawą kurtkę i podałam pewnej drobnej, rodowłosej kobiecie za blatom, która powiesiła go na pierwszym wieszaku. Sięgnęła po długą kartkę, an której zamieszczone były nazwiska uczestników. Chwyciła długopis w swoje kościste palce.
- Nazwisko? – zapytała piszczącym głosem
            - Argon. Vanessa Argon – odpowiedziałam. Kobieta przejechała palcem po liście, ale nie musiała długo szukać, bo moje nazwisko znajdowało się już na czwartym miejscu. Jej palec skierował się w bok, zatrzymując na jakimś numerku. Rudowłosa odwróciła się na pięcie, podeszła do szafki i wyjęła z niej coś przypominającego plakietkę z nazwiskiem, tylko zamiast nazwiska był numerek 165988. Podała mi go, a ja przypięłam pod dekoltem swojej błękitnej sukienki.
            W pomieszczeniu oprócz blaty, były również fotele. Bardzo dużo, różnokolorowych, co działało na lekkie uspokojenie. Usiadłam na zielonkawym pośrodku Amy i mamy. Moja rodzicielka wyjęła z dużej, brązowej torby gazetę i schowała za nią twarz wpatrując się w czarne literki. Przyjaciółka zaś wyciągnęła swój ciemny Black-berry i łagodnie stukała w klawiaturę.
            - Co robisz? – zapytałam. Jak to co robi? Pisze, przecież widać! Ale musiałam czymś się zająć, by nie myśleć o występie,  który, jak dobrze pamiętam, miał się zacząć za jakieś 20 minut, a siedzenie w zupełnej ciszy na pewno by mi w tym nie pomogło.
            - Użeram się z tym kolesiem – westchnęła wciskając klawisz ,,wyślij”.
            - Z jakim kolesiem? – no dobra. Wiedziałam jakim, bo kto niby cały czas dzwonił i chodził za Amy, jak nie ten chłopak z naszego sąsiedztwa? Ale musiałam z kimś zacząć rozmawiać, żeby tylko przestać myśleć o tym występie, bo inaczej moje serce wyskoczyłoby z swojego miejsca.
            - Oj wiesz. Ten, który mieszka naprzeciw mnie, więc i obok ciebie – powiedziała nie odrywając wzroku od telefonu, za to coraz nerwowo stukając w klawisze;
            - Aa.. Czego chce?– nie dawałam za wygraną. Obojętnie jaki temat, byle by z kimś porozmawiać, a Amy siedziała najbliżej.
            - Bal maturalny? – odpowiedziała, choć raczej bardziej brzmiało to jak pytanie. Sama się zdziwiła, ze chłopak ją o to prosi. Każdy kto znał Amy wiedział, że dziewczyna nienawidzi balów i nawet dla miliona funtów nie poszłaby na żaden.
            Otworzyłam usta żeby coś powiedzieć, gdy nagle na gigantycznym ekranie naprzeciw mnie pojawiły się wielkie, czerwone cyfry: 

125593

            Większość osób zamilkła, choć gdzieniegdzie można było dosłyszeć jakieś szepty. Każdy już wiedział, ze uczestnik z owym numerem wystąpi jako pierwszy. Moja mama odłożyła gazetę na kolana i rozejrzała się po sali. Ja zrobiłam to samo. Dopiero po kilku sekundach z niebieskawego fotela wstał jakieś mężczyzna, a za nim kobieta w podobnym wieku, tyle, ze nie posiadała żadnego numerka. Uczestnik wziął kilka głębszych oddechów i razem z kobietą ruszyli w stronę drzwi. Przez sekundę mogłam zobaczyć co znajduję się za nimi. Nie było tej wielkiej sali z kamerami i Jury, tylko korytarz, w którym znajdowały się dwie osoby, ale nie zdarzyłam im się przyjrzeć.
            Odetchnęłam z ulgą, ze to nie mój numerek wylosował się jako pierwszy, ale nie pozbawiło to mojego stresu. Znów powtórka – bałam się, ze źle zaśpiewam, że się pomylę, zapomnę zwrotki, a zwłaszcza po tym incydencie jaki miał miejsce na castingu.
            Rozejrzałam się po całej sali szukając znajomych twarzy. Od razu mój wzrok przykuła pulchna kobieta, którą widziałam na castingu. Alice?  Siedziała trzymając na kolanach małą, blond włosom dziewczynkę. Dalej… Trochę dalej od niej siedział chudy, młody chłopak, którego też pamiętałam. Szukałam dalej.. I nagle odnalazłam tę osobę, której tak naprawdę szukałam. David siedział zupełnie sam na kanapie mogącej pomieścić z 4 osoby. Ubrany był w koszule w kratkę i jeansy, a bursztynowe włosy zaczesane do tyłu. Pomachałam w jego stronę, ale chłopak nawet nie zareagował. Byłam pewna, ze na ułamek sekundy na mnie spojrzał, wiedział, ze tu jestem, ale jednak nie dawał jakiegokolwiek znaku, że się znamy. Dziwne..
            Spojrzałam na zegarek. Mężczyzna, który występował jako pierwszy przebywał tam już jakieś cztery minuty. No tak – najpierw zagadanie przez prowadzącego, później kilkuminutowy ( jak dobrze pójdzie ) występ, a na koniec ocena Jury. Trochę to musi potrwać.
            Wpatrywałam się w ekran, czekając, aż cyfry się zmienią. Moje serce wariowało, a ja modliłam się w duchu, żeby nie wylosowano mojego numerka. Ale dlaczego? Przecież i tak prędzej czy później będę musiała wystąpić. A chyba nawet lepiej zrobić to na początku i mieć już za sobą.
            I nagle stało się. Moment na który wszyscy czekali – numerek się zmienił. Wszystkie oczy zwrócone ku ekranowi. 

165988

Zamarłam.
Cała się trzęsłam. Moje ręce, nogi, a nawet głowa. Bicie serca osiągnęło swoje maksimum. Byłam pewna, ze to mój numerek, zapamiętałam. Ale i tak spojrzałam na przypiętą do mojej sukienki plakietkę  - 165988.
            Byłam bliska płaczu. Nie wiem czemu, po prostu to wszystko mnie przerastało. Jak mogłam myśleć, że dam radę zaśpiewać przed tymi wszystkimi ludźmi? Byłam za słaba. Nie potrafiłam poradzić sobie z stresem. Byłam za słaba. Zdecydowanie.
            Zamknęłam oczy i wzięłam jak najgłębszy oddech umiałam. Wstałam z zielonkawej kanapy. Moja mama i Amy również stały. Jako bliskie mi osoby mogły oczywiście pójść ze mną. Rzuciłam wzrok na Davida. Chłopak siedział wpatrując się w białe adidasy. Zrobiło mi się smutno. Olał mnie, najzwyczajniej w świecie.
            Otworzyłam drzwi i jak podejrzewałam znajdowałam się w wąskim korytarzu. Usłyszałam jak Amy zamka drzwi i po chwili staje już koło mnie. Zrobiłam kilkanaście kroków i już znajdowałam się obok dwóch nieznanych mi ludzi. Kobieta przed trzydziestką, o gęstych, jasnobrązowych włosach i sztucznym uśmiechu, najprawdopodobniej była prowadzącą. Stała rozluźniona na butach o tak wysokim obcasie, że gdyby zrobiła kilka kroków, zapewnie połamałaby swoje nogi. Druga osobą był kamerzysta. Czarnoskóry mężczyzna o głębokich, ciemnych oczach i siwiejących już włosach. Przez ramie garnituru miał przerzuconą kamerę.
            - A oto nasza druga uczestniczka! – powiedziała prezenterka, a kamera momentalnie zwróciła się w jej kierunku. – Proszę przedstaw się – jej słowa brzmiały bardziej jak rozkaz i miałam ochotę coś jej powiedzieć, ale co miałam zrobić? Przecież ten program ogląda dziesiątki tysięcy  Brytyjczyków.
         - Nazywam się Vanessa Argon. Mieszkam w Basildon, mam 17 lat. – zaczęłam od niechcenia, ale czułam jak mój głos pod wpływem stresu się zmienia. Kamerzysta zwrócił kamerę na mnie i gestem pokazał, ze mam mówić dalej. Ale co mam powiedzieć? Nie bardzo wiedziałam, przecież powiedziałam 3 podstawowe rzeczy o sobie.
            Prezenterka pokręciła głową, ale na szczęście kamera tego nie pochwyciła.
            - Wiec co sprawiło, że postanowiłaś pójść do tak poważnego programu jakim jest x-factor? – mówiła to z ‘uśmiechem’ na twarzy, ale jej wredność można było wyczuć w jej tonie głosu.
            - Marzenia – odpowiedziałam krótko, zgodnie z prawdą. Kamerzysta zrobił coś w rodzaju facepalma, po czym znów pokręcił ręką na znak, ze mam to rozwinąć. Postanowiłam nie niszczyć ich psychiki i odpowiedziałam to, co chcieli usłyszeć: - Chciałam się sprawdzić i rozwijać swój talent.
            - Mm, bardzo dobrze – powiedziała brunetka. – Powiedz nam jeszcze,  kto z tobą przyszedł? – wskazała ręką na mamę i Amy.
            - Moja mama – powiedziałam pokazując czarnowłosą, drobną kobietę – I przyjaciółka – wskazałam na blondynkę. Kamerzysta od razu pochwycił obie po czym znów zawrócił na prezenterkę.
            - W takim razie życzymy ci powodzenia – powiedziała i gestem pokazała drewniane drzwi. Więc będę musiała występować w tej samej sali, w której odbywały się castingi? Najwidoczniej.
            Przełknęłam ślinę i wzięłam kolejny głęboki oddech.
            Otworzyłam drzwi.
            Od razu zaatakowało mnie światło. Jasność wypalała mi szmaragdowe tęczówki. Automatycznie zmrużyłam oczy. Ale nie na długo, ponieważ już po kilkunastu sekundach mrugania przyzwyczaiłam się do jasności panującej w tej sali.
            Sala wydawała się większa niż poprzednio. Duża scena, u której początku, przed srebrnym stołem (nwm jak to nazwać) siedziały trzy osoby. Jury. Ich obawiałam się najbardziej. To od nich wszystko zależało – mogli mnie skrytykować, a mogli pochwalić. Mogli przepuścić, a mogli kazać wracać. Za nimi ciągnęły się rzędy foteli. Wszystkie były zajęte przez publiczność. Ogółem mówiąc było tu ponad setka ludzi.
            Nie widziałam swojej twarzy, ale byłam pewna, że jest blada. Na sam widok tych wszystkich ludzi stres powracał. Szłam szybkim krokiem. Chciałam to mieć już za sobą. Jak najszybciej. Było cicho. Słyszałam tylko stukot swoich wysokich butów. Kilka oddechów i już stałam na środku sali.
            Simon Cowell, Nicole Scherzinger i  Louis Walsh.
            Większość ludzi stresuje się przed występem, ale kiedy wchodzą już na scenę stres znika. U mnie to nie działało. Żałowałam, ale stres nie mijał. Był przed, był w trakcie, a nawet był po.
            - Dobry wieczór – przywitałam się jak to na kulturę przystało. Ręka trzymająca mikrofon trzęsła mi się tak mocno, że o mało nie przywaliłam nim o twarz.
            - Dobry wieczór – odpowiedziała czarnowłosa Jurorka posyłając jeden z serii prawdziwych uśmiechów. – Przedstaw się.
            Więc tak jakby powtórka z rozmowy z prowadzącą? Imię, nazwisko, wiek. Ile razy w ciągu jednego dnia to można powtarzać? Włożyłam kosmyk ciemnobrązowych włosów za ucho.
            - Vanessa Argon, mam siedemnaście lat, mieszkam w Basildon. – powiedziałam na jednym oddechu modląc się, żeby to im wystarczyło.
            - Co zaśpiewasz? – zapytał Simon Cowell.
            Miałam przygotowane dwie piosenki – Best thing I never had od Beyonce lub Hall of fame od The Sreapt & will.I.am. Na pewno ta druga bardziej odzwierciedlała moją sytuacje, ale poprzez zmianę mojego głosu przez stres, na pewno lepiej będzie zaśpiewać tę pierwszą.
            - Zaśpiewam piosenkę Beyonce – Best thing i never had.   odpowiedziałam. Czułam, że to dobry wybór. Musiał być dobry.
            - Więc zapraszamy – powiedział Cowell opierając się wygodnie o swój fotel.
            Moja chwila.
            Mój czas.
            Moje marzenie.
             W tle usłyszałam cichy podkład. Przybliżyłam mikrofon do ust powtarzając w myślach tekst piosenki. Pomylenie jej było raczej rzeczą niemożliwą, bowiem śpiewałam ją już kilka razy w barze, w którym pracuje moja mama, ale zawsze jest ten jakiś 1%.
            Zamknęłam oczy, żeby lepiej skupić się na piosence, a przy okazji nie oglądać publiczności i miny jury.
            

What goes around, comes back around, hey, my baby
What goes around, comes back around, hey, my baby, I say
What goes around, comes back around, hey, my baby
What goes around, comes back around
There was a time I thought, that you did everything right
No lies, no wrong, boy I, must have been outta my mind
So when I think of the time that I almost loved you
You showed your ass and I, I saw the real you
Thank God you blew it, thank god I dodged a bullet
I'm so over you, so baby good lookin' out.


            Starałam się, aby nikt nie poznał, że ‘zjada’ mnie stres. Im głośniej śpiewałam, tym niżej dawałam mikrofon. Zamknięte powieki, zmarszczone czoło,, grzywka zasłaniająca twarz – tak pewnie wyglądałam. Wsłuchiwałam się w podkład, żeby nie pomylić zwrotek lub nie zmieścić się w czasie.

I wanted you bad, I'm so through with that
Cause honestly you turned out to be the best thing I never had
You turned out to be the best thing I never had
And I'm gon' always be the best thing you never had
Oh yeah, I bet it sucks to be you right now

So sad, you're hurt, boo hoo, oh did you expect me to care
You don't deserve my tears, I guess that's why they ain't there
When I think that there was a time that I almost loved you
You showed your ass and baby yes I saw the real you
Thank God you blew it, thank god I dodged a bullet
I'm so over you, baby good lookin' out.


            Starałam się śpiewać ostrzej końcówkę, tak jak w oryginale robi to Beyonce. W uszach brzmiał mi jej głos, choć nigdzie nie było go słuchać. Byłam tylko ja i mój głos. Tylko to.


I wanted you bad, I'm so through with that
Cause honestly you turned out to be the best thing I never had
I said you turned out to be the best thing I never had
And I'll never be the best thing you never had
Oh baby I bet it sucks to be you right now

I know you want me back
It's time to face the facts that I'm the one that's got away
Lord knows that it will take another place, another time, another world, another life
Thank god I found the good in goodbye.

 (nie bd tłumaczyła, zbyt duży tekst)

            Mój głos dostawał coraz większej chrypki. Bałam się, że nie będę potrafiła wyciągnąć kolejnej zwrotki,  ale na moje szczęście w momencie, gdy otworzyłam oczy, Simon Cowell uniósł rękę.
Stop.
Moje serce wariowało, gdy przez ten ułamek sekundy wszyscy wpatrywali się we mnie jak jakieś rzeźby. I w jednej chwili usłyszałam brawa. Nierytmiczne brawa skierowane w moją stronę. Niektórzy piszczeli do tego. Jury też klaskało. Louis z uśmiechem na twarzy szeptał coś do Nicole nie przerywając klaskania, a Simon Cowell wstał! Wstał ze swojego miejsca, a za nim zrobiła to połowa publiczności. Przez dobrą minutę słychać było tylko głos odbijających się od siebie dłoni.
- Vanessa, masz 17 lat? Dobrze zapamiętałam? – zapytała Nicole,  gdy Cowell zajął już miejsce obok niej.
- Tak, zgadza się. – odpowiedziałam biorąc przy tym głęboki oddech, by dostarczyć tlenu do mojego organizmu.
- Gdybym cię nie widziała, nigdy nie uwierzyłabym, że masz 17 lat. Twój głos jest taki głęboki i szczery i.. – przerwała poszukując dobrego słowa. – i dojrzały. Naprawdę mi zaimponowałaś.
Po sali znów rozległy się oklaski i piski. Pierwszy raz poczułam się rozluźniona. Nie, stres nie minął – był dalej, ale jakby mniejszy. Jakbym nagle w siebie uwierzyła.
- Stuprocentowo zgadzam się z Nicole – powiedział Lou. – Ale jest jeden mały problem. - twoja choreografia. Stałaś trochę jak kołek, a musisz zapamiętać, ze ruch na scenie jest bardzo ważny. Masz za to ode mnie minusa.
Po sali rozbiegły się wrzaski typu ,,buuuu”.
Skinęłam głową na znak, ze rozumiem. Nie pomyślałam o choreografii, mój błąd.
- Nie wiem czego Louis się czepia – zaczął Simon – Ale jak dla mnie, to był najlepszy występ w tej edycji!
Po sali rozległ się ponowny dźwięk klasków.
- Ja nie mówię, że nie podobał mi się jej występ – zaczął Walsh kierując słowa do Cowella. – Wręcz przeciwnie, bardzo podobał. Ale ruch na scenie jest bardzo ważny.
Zastanawiałam się co Simon mu na to odpowie. Myślę, że nie tylko ja.
- Tak, zgadzam się. Ale takiego talentu nie można zmarnować. Myślę, że trzeba by połączyć dziewczynę w zespół z innymi wspaniałymi wokalistkami. Wtedy im wszystkim będzie o wiele łatwiej.
Zespół? Ja i zespół?
Z początku ten pomysł nie bardzo mi się podobał, ale już po kilkudziesięciu sekundach stał się dla mnie genialny. Każdy wie, że solowy wokalista ma o wiele, wiele trudniej przebić się do show-biznesu.
- No cóż, Simon. O tym pomyślimy później – rzekł Louis. – Głosujmy.
- Vanesso, jesteś naprawdę bardzo utalentowana. Myślę, ze ruchy sceniczne da się wyćwiczyć. Jestem na tak.
Znów oklaski, znów piski, znów uśmiech na mojej twarzy.
- Dziękuje – szepnęłam do mikrofonu.
- Jesteś mistrzynią w tym co robisz. Jak najbardziej tak! – powiedział Cowell i razem z publicznością zaczął bić brawa.
Nie zależnie co powie Walsh i tak przejdę dalej!
            - Obiecaj mi, ze popracujesz nad choreografią – powiedział Louis.
- Obiecuję – odpowiedziałam natychmiastowo.
- W takim razie jestem na tak!

3 razy tak.
Owacje na stojąco od samego Cowella.
Przejście do następnego etapu.

Udało się!
            Podziękowałam im chyba ze sto razy, po czym pobiegłam do drzwi i zawiesiłam się na szyi matki. Łzy poleciały mi z oczu. Miałam gdzieś, ze kamerzysta wszystko kameruje, że te wszystkie moje emocje będą puszczane w telewizji.
Najważniejsze było to, ze się udało.
Wytarłam łzy ‘tańczące’ po moich policzkach.
Drzwi korytarza otwarły się i stanął w nich kolejny uczestnik. Tak, to był on –David.  Szedł sam. Gdy mnie zobaczył jego mina się skrzywiła i zwolnił tępo, by nie przejść koło mnie. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, ale on tylko pokiwał głową i przewrócił oczami.
Nic nie rozumiałam.
Ostatnio był miły. Jaki jest powód, ze po miesiącu traktuje mnie, jakbyśmy się nigdy nie znali?
Ludzie są dziwni.






------------------------------------
Jest! :D . 
od teraz można komentować bez konta google, tzn. z Anonima ;) .
Dzięki wszystkim, którzy czytają ;).