Aktualności:

Aktualności:
14.04.13r, 22;23.

♥ Dodałam nowy rozdział :)

niedziela, 24 marca 2013

Rozdział IV . ''People are strange" .



W ciągu ostatniego miesiąca poczułam nagły przypływ nowych ,,przyjaciół”. Nie mam najmniejszego pojęcia jak to się stało, ale wieść o tym, że przeszłam do x-factora rozniosła się bardzo szybko, jak na  tak dużą szkołę, liczącą ponad 600 uczniów. Z dnia na dzień stawałam się coraz bardziej popularna, większość (o ile nie wszyscy) znali moje imię, a idąc szkolnym korytarzem co chwila słyszałam powitania i sztuczne uśmiechy skierowane w moją stronę. Dziewczyny z młodszych klas chodziły za mną i przechwalały się koleżanką, jak to bardzo mnie znają i w jaki to sposób zostałyśmy przyjaciółkami, co oczywiście było kompletną nieprawdą. Spławiałam te dziewczyny, ale ona jak na złość coraz bardziej za mną chodziły. Zdarzały się także nasze ,,przypadkowe” spotkania na ulicy, choć ja bardzo dobrze wiedziałam, że celowo za mną szły. Także coraz więcej chłopaków się za mną oglądało. Na szczęście nauczyłam się jak ich spławić – lata praktyki przyglądania się jak to Amy robiła.
            Ale nie tylko tak było. Oprócz nowych ,,przyjaciół” zyskałam też nowych wrogów. Były to zazwyczaj te popularne dziewczyny (patrz: ‘plastiki’). Nie były zazdrosne o to, że dostałam przepustkę na nowe życie, ze dostałam szanse zaistnieć w show-biznesie. Nie. One po prostu wyczuwały we mnie konkurencje, traktowały jak jakąś osobę, która chce pozaliczać wszystkich facetów, która chce odebrać ich przyjaciółki i chłopaków. Totalny bezsens. Wchodząc do szkoły i otwierając swoją szafkę z numerem 62 często zastawałam jakieś karteczki z groźbami lub wyzwiskami. Ale co ja komu zrobiłam? Nic nie rozumiałam. Nic.
            Tego dnia również otwierając swoją szafkę na zielonych książkach matematyki zobaczyłam małą karteczkę. Od razu pomyślałam, że to pewnie znów te ‘plastikowe’ dziewczyny ją podłożyły. Pokiwałam głową z niedowierzenia, jak one mogą myśleć, ze mnie to jakkolwiek rusza? Szczerze miałam gdzieś te ich hejty. Wyciągnęłam mały skrawek papieru i rozciągnęłam go. Moim oczom ukazały się chwiejące, nierówne litery:

Ty wredna mała suko. Jesli zjawisz się dzisiaj w programie, to będzie twój ostatni dzień. Zapamiętaj sobie moje słowa. Ostrzegam!

Parsknęłam śmiechem i zgniotłam karteczkę, po czym wyrzuciłam do kosza. Ci ludzie naprawdę myślą, ze boję się tych gróźb? Żałosne. Zastanawiał mnie tylko fakt, skąd ta osoba wiedziała,  że właśnie dzisiaj mam zjawić się w x-factorze? Wiedziała tylko Amy, a ona nigdy by tego nikomu nie powiedziała. Wiec jak? Może w Internecie zamieszczone są nazwiska wszystkich uczestników? Tak, pewnie tak. Ale skąd może to wiedzieć taka osoba jak ja, czyli osoba pozbawiona Internetu w domu?
            Rozejrzałam się po korytarzu. Widok taki sam jak od miesiąca, czyli od przejścia do x-factor – osoby gapiące się na mnie i szepczące do ucha swojego towarzysza. To wkurzało. Przecież jestem zwykłą dziewczyną, nie jakąś znaną superstar.
            Ludzie są dziwni.
           
*

            20.03.2013r. Po raz trzeci stałam przed wielkim, białym budynkiem. Było zupełnie inaczej niż ostatnim razem  - tłoczno. Przed wejściem stało dwóch tęgich ochroniarzy, co chwila wpuszczających szarmancko ludzi. Na parkingach brakowało miejsc, a jak to na Londyn przystało, parkingi były tu ogromne. Zobaczyłam również kilku kamerzystów ciągnących za sobą ogromny sprzęt. Z każdym krokiem, z każdą sekundą i z każdym spojrzeniem na otaczającą mnie rzeczywistość moje serce biło coraz mocniej. To był mój największy wróg - stres. Nie potrafiłam go powstrzymać za żadne skarby. Po prostu był. Był gdzieś tam w środku i w najważniejszych dla mnie chwilach się ujawniał. Nie potrafiłam z nim walczyć, a on perfidnie to wykorzystywał. Jedyną metodą na jego powstrzymanie było zamknięcie oczu i pomyślenie o czymś przyjemnym. Ale jak w takiej chwili można myśleć o czymś przyjemnym?! Próbowałam. Nie da się. Byłam za słaba, ale miałam nadzieję, że nie przeszkodzi mi w dążeniu do marzeń.
            Stałam jakiś metr od wejścia budynku. Ochroniarz spojrzał na mnie i Amy trochę podejrzliwym wzrokiem, a później sympatycznie uśmiechnął się do stojącej za mną mamy i szarmancko otwierając drzwi wpuścił nas do środka. Tak jak się spodziewałam panował tam olbrzymi tłok. Niektóre twarze zapamiętałam z castingu, inne pewnie nie były z okolic Londynu. Każdy uczestnik miał już przypięty do ubrania numerek, z którym wystąpi.
Zdjęłam krótką, szarawą kurtkę i podałam pewnej drobnej, rodowłosej kobiecie za blatom, która powiesiła go na pierwszym wieszaku. Sięgnęła po długą kartkę, an której zamieszczone były nazwiska uczestników. Chwyciła długopis w swoje kościste palce.
- Nazwisko? – zapytała piszczącym głosem
            - Argon. Vanessa Argon – odpowiedziałam. Kobieta przejechała palcem po liście, ale nie musiała długo szukać, bo moje nazwisko znajdowało się już na czwartym miejscu. Jej palec skierował się w bok, zatrzymując na jakimś numerku. Rudowłosa odwróciła się na pięcie, podeszła do szafki i wyjęła z niej coś przypominającego plakietkę z nazwiskiem, tylko zamiast nazwiska był numerek 165988. Podała mi go, a ja przypięłam pod dekoltem swojej błękitnej sukienki.
            W pomieszczeniu oprócz blaty, były również fotele. Bardzo dużo, różnokolorowych, co działało na lekkie uspokojenie. Usiadłam na zielonkawym pośrodku Amy i mamy. Moja rodzicielka wyjęła z dużej, brązowej torby gazetę i schowała za nią twarz wpatrując się w czarne literki. Przyjaciółka zaś wyciągnęła swój ciemny Black-berry i łagodnie stukała w klawiaturę.
            - Co robisz? – zapytałam. Jak to co robi? Pisze, przecież widać! Ale musiałam czymś się zająć, by nie myśleć o występie,  który, jak dobrze pamiętam, miał się zacząć za jakieś 20 minut, a siedzenie w zupełnej ciszy na pewno by mi w tym nie pomogło.
            - Użeram się z tym kolesiem – westchnęła wciskając klawisz ,,wyślij”.
            - Z jakim kolesiem? – no dobra. Wiedziałam jakim, bo kto niby cały czas dzwonił i chodził za Amy, jak nie ten chłopak z naszego sąsiedztwa? Ale musiałam z kimś zacząć rozmawiać, żeby tylko przestać myśleć o tym występie, bo inaczej moje serce wyskoczyłoby z swojego miejsca.
            - Oj wiesz. Ten, który mieszka naprzeciw mnie, więc i obok ciebie – powiedziała nie odrywając wzroku od telefonu, za to coraz nerwowo stukając w klawisze;
            - Aa.. Czego chce?– nie dawałam za wygraną. Obojętnie jaki temat, byle by z kimś porozmawiać, a Amy siedziała najbliżej.
            - Bal maturalny? – odpowiedziała, choć raczej bardziej brzmiało to jak pytanie. Sama się zdziwiła, ze chłopak ją o to prosi. Każdy kto znał Amy wiedział, że dziewczyna nienawidzi balów i nawet dla miliona funtów nie poszłaby na żaden.
            Otworzyłam usta żeby coś powiedzieć, gdy nagle na gigantycznym ekranie naprzeciw mnie pojawiły się wielkie, czerwone cyfry: 

125593

            Większość osób zamilkła, choć gdzieniegdzie można było dosłyszeć jakieś szepty. Każdy już wiedział, ze uczestnik z owym numerem wystąpi jako pierwszy. Moja mama odłożyła gazetę na kolana i rozejrzała się po sali. Ja zrobiłam to samo. Dopiero po kilku sekundach z niebieskawego fotela wstał jakieś mężczyzna, a za nim kobieta w podobnym wieku, tyle, ze nie posiadała żadnego numerka. Uczestnik wziął kilka głębszych oddechów i razem z kobietą ruszyli w stronę drzwi. Przez sekundę mogłam zobaczyć co znajduję się za nimi. Nie było tej wielkiej sali z kamerami i Jury, tylko korytarz, w którym znajdowały się dwie osoby, ale nie zdarzyłam im się przyjrzeć.
            Odetchnęłam z ulgą, ze to nie mój numerek wylosował się jako pierwszy, ale nie pozbawiło to mojego stresu. Znów powtórka – bałam się, ze źle zaśpiewam, że się pomylę, zapomnę zwrotki, a zwłaszcza po tym incydencie jaki miał miejsce na castingu.
            Rozejrzałam się po całej sali szukając znajomych twarzy. Od razu mój wzrok przykuła pulchna kobieta, którą widziałam na castingu. Alice?  Siedziała trzymając na kolanach małą, blond włosom dziewczynkę. Dalej… Trochę dalej od niej siedział chudy, młody chłopak, którego też pamiętałam. Szukałam dalej.. I nagle odnalazłam tę osobę, której tak naprawdę szukałam. David siedział zupełnie sam na kanapie mogącej pomieścić z 4 osoby. Ubrany był w koszule w kratkę i jeansy, a bursztynowe włosy zaczesane do tyłu. Pomachałam w jego stronę, ale chłopak nawet nie zareagował. Byłam pewna, ze na ułamek sekundy na mnie spojrzał, wiedział, ze tu jestem, ale jednak nie dawał jakiegokolwiek znaku, że się znamy. Dziwne..
            Spojrzałam na zegarek. Mężczyzna, który występował jako pierwszy przebywał tam już jakieś cztery minuty. No tak – najpierw zagadanie przez prowadzącego, później kilkuminutowy ( jak dobrze pójdzie ) występ, a na koniec ocena Jury. Trochę to musi potrwać.
            Wpatrywałam się w ekran, czekając, aż cyfry się zmienią. Moje serce wariowało, a ja modliłam się w duchu, żeby nie wylosowano mojego numerka. Ale dlaczego? Przecież i tak prędzej czy później będę musiała wystąpić. A chyba nawet lepiej zrobić to na początku i mieć już za sobą.
            I nagle stało się. Moment na który wszyscy czekali – numerek się zmienił. Wszystkie oczy zwrócone ku ekranowi. 

165988

Zamarłam.
Cała się trzęsłam. Moje ręce, nogi, a nawet głowa. Bicie serca osiągnęło swoje maksimum. Byłam pewna, ze to mój numerek, zapamiętałam. Ale i tak spojrzałam na przypiętą do mojej sukienki plakietkę  - 165988.
            Byłam bliska płaczu. Nie wiem czemu, po prostu to wszystko mnie przerastało. Jak mogłam myśleć, że dam radę zaśpiewać przed tymi wszystkimi ludźmi? Byłam za słaba. Nie potrafiłam poradzić sobie z stresem. Byłam za słaba. Zdecydowanie.
            Zamknęłam oczy i wzięłam jak najgłębszy oddech umiałam. Wstałam z zielonkawej kanapy. Moja mama i Amy również stały. Jako bliskie mi osoby mogły oczywiście pójść ze mną. Rzuciłam wzrok na Davida. Chłopak siedział wpatrując się w białe adidasy. Zrobiło mi się smutno. Olał mnie, najzwyczajniej w świecie.
            Otworzyłam drzwi i jak podejrzewałam znajdowałam się w wąskim korytarzu. Usłyszałam jak Amy zamka drzwi i po chwili staje już koło mnie. Zrobiłam kilkanaście kroków i już znajdowałam się obok dwóch nieznanych mi ludzi. Kobieta przed trzydziestką, o gęstych, jasnobrązowych włosach i sztucznym uśmiechu, najprawdopodobniej była prowadzącą. Stała rozluźniona na butach o tak wysokim obcasie, że gdyby zrobiła kilka kroków, zapewnie połamałaby swoje nogi. Druga osobą był kamerzysta. Czarnoskóry mężczyzna o głębokich, ciemnych oczach i siwiejących już włosach. Przez ramie garnituru miał przerzuconą kamerę.
            - A oto nasza druga uczestniczka! – powiedziała prezenterka, a kamera momentalnie zwróciła się w jej kierunku. – Proszę przedstaw się – jej słowa brzmiały bardziej jak rozkaz i miałam ochotę coś jej powiedzieć, ale co miałam zrobić? Przecież ten program ogląda dziesiątki tysięcy  Brytyjczyków.
         - Nazywam się Vanessa Argon. Mieszkam w Basildon, mam 17 lat. – zaczęłam od niechcenia, ale czułam jak mój głos pod wpływem stresu się zmienia. Kamerzysta zwrócił kamerę na mnie i gestem pokazał, ze mam mówić dalej. Ale co mam powiedzieć? Nie bardzo wiedziałam, przecież powiedziałam 3 podstawowe rzeczy o sobie.
            Prezenterka pokręciła głową, ale na szczęście kamera tego nie pochwyciła.
            - Wiec co sprawiło, że postanowiłaś pójść do tak poważnego programu jakim jest x-factor? – mówiła to z ‘uśmiechem’ na twarzy, ale jej wredność można było wyczuć w jej tonie głosu.
            - Marzenia – odpowiedziałam krótko, zgodnie z prawdą. Kamerzysta zrobił coś w rodzaju facepalma, po czym znów pokręcił ręką na znak, ze mam to rozwinąć. Postanowiłam nie niszczyć ich psychiki i odpowiedziałam to, co chcieli usłyszeć: - Chciałam się sprawdzić i rozwijać swój talent.
            - Mm, bardzo dobrze – powiedziała brunetka. – Powiedz nam jeszcze,  kto z tobą przyszedł? – wskazała ręką na mamę i Amy.
            - Moja mama – powiedziałam pokazując czarnowłosą, drobną kobietę – I przyjaciółka – wskazałam na blondynkę. Kamerzysta od razu pochwycił obie po czym znów zawrócił na prezenterkę.
            - W takim razie życzymy ci powodzenia – powiedziała i gestem pokazała drewniane drzwi. Więc będę musiała występować w tej samej sali, w której odbywały się castingi? Najwidoczniej.
            Przełknęłam ślinę i wzięłam kolejny głęboki oddech.
            Otworzyłam drzwi.
            Od razu zaatakowało mnie światło. Jasność wypalała mi szmaragdowe tęczówki. Automatycznie zmrużyłam oczy. Ale nie na długo, ponieważ już po kilkunastu sekundach mrugania przyzwyczaiłam się do jasności panującej w tej sali.
            Sala wydawała się większa niż poprzednio. Duża scena, u której początku, przed srebrnym stołem (nwm jak to nazwać) siedziały trzy osoby. Jury. Ich obawiałam się najbardziej. To od nich wszystko zależało – mogli mnie skrytykować, a mogli pochwalić. Mogli przepuścić, a mogli kazać wracać. Za nimi ciągnęły się rzędy foteli. Wszystkie były zajęte przez publiczność. Ogółem mówiąc było tu ponad setka ludzi.
            Nie widziałam swojej twarzy, ale byłam pewna, że jest blada. Na sam widok tych wszystkich ludzi stres powracał. Szłam szybkim krokiem. Chciałam to mieć już za sobą. Jak najszybciej. Było cicho. Słyszałam tylko stukot swoich wysokich butów. Kilka oddechów i już stałam na środku sali.
            Simon Cowell, Nicole Scherzinger i  Louis Walsh.
            Większość ludzi stresuje się przed występem, ale kiedy wchodzą już na scenę stres znika. U mnie to nie działało. Żałowałam, ale stres nie mijał. Był przed, był w trakcie, a nawet był po.
            - Dobry wieczór – przywitałam się jak to na kulturę przystało. Ręka trzymająca mikrofon trzęsła mi się tak mocno, że o mało nie przywaliłam nim o twarz.
            - Dobry wieczór – odpowiedziała czarnowłosa Jurorka posyłając jeden z serii prawdziwych uśmiechów. – Przedstaw się.
            Więc tak jakby powtórka z rozmowy z prowadzącą? Imię, nazwisko, wiek. Ile razy w ciągu jednego dnia to można powtarzać? Włożyłam kosmyk ciemnobrązowych włosów za ucho.
            - Vanessa Argon, mam siedemnaście lat, mieszkam w Basildon. – powiedziałam na jednym oddechu modląc się, żeby to im wystarczyło.
            - Co zaśpiewasz? – zapytał Simon Cowell.
            Miałam przygotowane dwie piosenki – Best thing I never had od Beyonce lub Hall of fame od The Sreapt & will.I.am. Na pewno ta druga bardziej odzwierciedlała moją sytuacje, ale poprzez zmianę mojego głosu przez stres, na pewno lepiej będzie zaśpiewać tę pierwszą.
            - Zaśpiewam piosenkę Beyonce – Best thing i never had.   odpowiedziałam. Czułam, że to dobry wybór. Musiał być dobry.
            - Więc zapraszamy – powiedział Cowell opierając się wygodnie o swój fotel.
            Moja chwila.
            Mój czas.
            Moje marzenie.
             W tle usłyszałam cichy podkład. Przybliżyłam mikrofon do ust powtarzając w myślach tekst piosenki. Pomylenie jej było raczej rzeczą niemożliwą, bowiem śpiewałam ją już kilka razy w barze, w którym pracuje moja mama, ale zawsze jest ten jakiś 1%.
            Zamknęłam oczy, żeby lepiej skupić się na piosence, a przy okazji nie oglądać publiczności i miny jury.
            

What goes around, comes back around, hey, my baby
What goes around, comes back around, hey, my baby, I say
What goes around, comes back around, hey, my baby
What goes around, comes back around
There was a time I thought, that you did everything right
No lies, no wrong, boy I, must have been outta my mind
So when I think of the time that I almost loved you
You showed your ass and I, I saw the real you
Thank God you blew it, thank god I dodged a bullet
I'm so over you, so baby good lookin' out.


            Starałam się, aby nikt nie poznał, że ‘zjada’ mnie stres. Im głośniej śpiewałam, tym niżej dawałam mikrofon. Zamknięte powieki, zmarszczone czoło,, grzywka zasłaniająca twarz – tak pewnie wyglądałam. Wsłuchiwałam się w podkład, żeby nie pomylić zwrotek lub nie zmieścić się w czasie.

I wanted you bad, I'm so through with that
Cause honestly you turned out to be the best thing I never had
You turned out to be the best thing I never had
And I'm gon' always be the best thing you never had
Oh yeah, I bet it sucks to be you right now

So sad, you're hurt, boo hoo, oh did you expect me to care
You don't deserve my tears, I guess that's why they ain't there
When I think that there was a time that I almost loved you
You showed your ass and baby yes I saw the real you
Thank God you blew it, thank god I dodged a bullet
I'm so over you, baby good lookin' out.


            Starałam się śpiewać ostrzej końcówkę, tak jak w oryginale robi to Beyonce. W uszach brzmiał mi jej głos, choć nigdzie nie było go słuchać. Byłam tylko ja i mój głos. Tylko to.


I wanted you bad, I'm so through with that
Cause honestly you turned out to be the best thing I never had
I said you turned out to be the best thing I never had
And I'll never be the best thing you never had
Oh baby I bet it sucks to be you right now

I know you want me back
It's time to face the facts that I'm the one that's got away
Lord knows that it will take another place, another time, another world, another life
Thank god I found the good in goodbye.

 (nie bd tłumaczyła, zbyt duży tekst)

            Mój głos dostawał coraz większej chrypki. Bałam się, że nie będę potrafiła wyciągnąć kolejnej zwrotki,  ale na moje szczęście w momencie, gdy otworzyłam oczy, Simon Cowell uniósł rękę.
Stop.
Moje serce wariowało, gdy przez ten ułamek sekundy wszyscy wpatrywali się we mnie jak jakieś rzeźby. I w jednej chwili usłyszałam brawa. Nierytmiczne brawa skierowane w moją stronę. Niektórzy piszczeli do tego. Jury też klaskało. Louis z uśmiechem na twarzy szeptał coś do Nicole nie przerywając klaskania, a Simon Cowell wstał! Wstał ze swojego miejsca, a za nim zrobiła to połowa publiczności. Przez dobrą minutę słychać było tylko głos odbijających się od siebie dłoni.
- Vanessa, masz 17 lat? Dobrze zapamiętałam? – zapytała Nicole,  gdy Cowell zajął już miejsce obok niej.
- Tak, zgadza się. – odpowiedziałam biorąc przy tym głęboki oddech, by dostarczyć tlenu do mojego organizmu.
- Gdybym cię nie widziała, nigdy nie uwierzyłabym, że masz 17 lat. Twój głos jest taki głęboki i szczery i.. – przerwała poszukując dobrego słowa. – i dojrzały. Naprawdę mi zaimponowałaś.
Po sali znów rozległy się oklaski i piski. Pierwszy raz poczułam się rozluźniona. Nie, stres nie minął – był dalej, ale jakby mniejszy. Jakbym nagle w siebie uwierzyła.
- Stuprocentowo zgadzam się z Nicole – powiedział Lou. – Ale jest jeden mały problem. - twoja choreografia. Stałaś trochę jak kołek, a musisz zapamiętać, ze ruch na scenie jest bardzo ważny. Masz za to ode mnie minusa.
Po sali rozbiegły się wrzaski typu ,,buuuu”.
Skinęłam głową na znak, ze rozumiem. Nie pomyślałam o choreografii, mój błąd.
- Nie wiem czego Louis się czepia – zaczął Simon – Ale jak dla mnie, to był najlepszy występ w tej edycji!
Po sali rozległ się ponowny dźwięk klasków.
- Ja nie mówię, że nie podobał mi się jej występ – zaczął Walsh kierując słowa do Cowella. – Wręcz przeciwnie, bardzo podobał. Ale ruch na scenie jest bardzo ważny.
Zastanawiałam się co Simon mu na to odpowie. Myślę, że nie tylko ja.
- Tak, zgadzam się. Ale takiego talentu nie można zmarnować. Myślę, że trzeba by połączyć dziewczynę w zespół z innymi wspaniałymi wokalistkami. Wtedy im wszystkim będzie o wiele łatwiej.
Zespół? Ja i zespół?
Z początku ten pomysł nie bardzo mi się podobał, ale już po kilkudziesięciu sekundach stał się dla mnie genialny. Każdy wie, że solowy wokalista ma o wiele, wiele trudniej przebić się do show-biznesu.
- No cóż, Simon. O tym pomyślimy później – rzekł Louis. – Głosujmy.
- Vanesso, jesteś naprawdę bardzo utalentowana. Myślę, ze ruchy sceniczne da się wyćwiczyć. Jestem na tak.
Znów oklaski, znów piski, znów uśmiech na mojej twarzy.
- Dziękuje – szepnęłam do mikrofonu.
- Jesteś mistrzynią w tym co robisz. Jak najbardziej tak! – powiedział Cowell i razem z publicznością zaczął bić brawa.
Nie zależnie co powie Walsh i tak przejdę dalej!
            - Obiecaj mi, ze popracujesz nad choreografią – powiedział Louis.
- Obiecuję – odpowiedziałam natychmiastowo.
- W takim razie jestem na tak!

3 razy tak.
Owacje na stojąco od samego Cowella.
Przejście do następnego etapu.

Udało się!
            Podziękowałam im chyba ze sto razy, po czym pobiegłam do drzwi i zawiesiłam się na szyi matki. Łzy poleciały mi z oczu. Miałam gdzieś, ze kamerzysta wszystko kameruje, że te wszystkie moje emocje będą puszczane w telewizji.
Najważniejsze było to, ze się udało.
Wytarłam łzy ‘tańczące’ po moich policzkach.
Drzwi korytarza otwarły się i stanął w nich kolejny uczestnik. Tak, to był on –David.  Szedł sam. Gdy mnie zobaczył jego mina się skrzywiła i zwolnił tępo, by nie przejść koło mnie. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, ale on tylko pokiwał głową i przewrócił oczami.
Nic nie rozumiałam.
Ostatnio był miły. Jaki jest powód, ze po miesiącu traktuje mnie, jakbyśmy się nigdy nie znali?
Ludzie są dziwni.






------------------------------------
Jest! :D . 
od teraz można komentować bez konta google, tzn. z Anonima ;) .
Dzięki wszystkim, którzy czytają ;).

wtorek, 12 marca 2013

Rozdział III . ''Hall of Fame'' .



       

            - Opowiesz nam wreszcie co tam się wydarzyło? – zapytała  moja blond włosa przyjaciółka z nutką niecierpliwości w głosie. Obróciłam się i spojrzałam w jej błękitne oczy posyłając delikatny uśmiech. Nie miałam ochoty opowiadać tego. Nie teraz. Amy nie rzuciła nic typu ,,No mów, bo jesteśmy ciekawe”. Usłyszałam jedynie jej lekkie westchnięcie.
            Szłam pierwsza. Po moich włosach spływały kropelki deszczy, podobnie jak po policzkach. Ale nie przeszkadzało mi to.  Ważne było teraz, by jak najszybciej dojść do ów budynku, w którym odbywały się castingi, poczekać na wyniki, a potem płakać – ze szczęścia, gdybym przeszła, lub ze smutku, gdybym nie przeszła. Rozmowa z Niallem oświeciła mnie. Przecież nie po to śpiewałam od najmłodszych lat i trenowałam występy przed publicznością, żeby teraz poddać się z powodu jakiegoś głupiego mikrofonu. Przecież każdemu mogło się to wydarzyć. Chyba..
            Z każdym krokiem serce waliło mi coraz mocniej. Gdzieś z tyłu słyszałam nierówne kroki matki i Amy, które co chwila podbiegały, by mnie dogonić. Szłam szybko. Droga do budynku wydawała się nie mieć końca. Jak to możliwe, że gdy zaledwie pół godziny temu z niego wychodziłam droga była krótsza? A może tak mi się tylko wydawało? Świat oszalał, a ja razem z nim, to jedyne wytłumaczenie.
            Doszłam. Moje serce waliło do granic możliwości. Gwałtownie zahamowałam. Moje oczy podniosły się ukazując wielki, biały budynek. Było tak, jak stałam tu kilkadziesiąt minut temu – tyle, że wtedy pogoda nie była taka okropna. Zacisnęłam rękę matki. Poczułam jej wzrok na mnie, ale nie spojrzałam w jej stronę. Patrzyłam wprost przed siebie . Wiedziałam, że trzeba tam wejść. Tylko co później? Czy pozostali uczestniczy będą się gapić na mnie znienawidzonym wzrokiem, a ci sędziowie uznają mnie za wariatkę? Możliwe. Możliwe, ale trzeba spróbować.
            Chwiejnym krokiem doszłam do drzwi budynku. Powoli zaczynałam je otwierać. Nie wiem czy to najlepszy pomysł, może lepiej odejść? Mętlik w głowie – pójść czy zostać? Przypomniał mi się Niall.. Obiecałam mu..
Weszłam.
W poczekalni panowała luźna atmosfera. Uczestnicy rozmawiali między sobą, śmiali się, wymieniali poglądami na temat castingu, nieliczni czytali też gazety czy słuchali muzyki. Zupełnie inaczej niż te pół godziny temu, gdzie panowała zupełna cisza, a ludzie pożerali się wzrokami. Jak to możliwe? Może pomyliłam budynki? Amy również patrzała na to z miną: WTF? Większość spojrzało na mnie na sekundę, a później wracało do rozmowy. Niektórzy nawet uśmiechali się ciepło. Nic. Kompletnie nic nie rozumiałam.
Usiadłam na pierwszym lepszym krześle, jak się okazało, koło jakiegoś nastolatka. Na szczęście pozostałe dwa krzesła po mojej lewej stronie były wolne, więc zajęły je Amy i moja mama.  Nie wiedziałam czy castingi już się skończyły, czy może kolejny uczestnik śpiewa w sali obok. Ale to było nieważne. Miałam większy problem na głowie – czy się dostanę czy nie, czy moje największe marzenie się spełni, czy dam radę przezwyciężyć stres, co jak na razie nie wychodziło za dobrze. Jak na tamtą chwile musiałam się pozbyć myśli o tych problemach bardziej niż kiedykolwiek. Ale co pomaga człowiekowi zapomnieć o wszystkich, otaczających go troskach?  Odpowiedź jest jedna: muzyka. Tak więc wyjęłam z torebki słuchawki, podłączyłam do telefonu i  nałożyłam na uszy. Dałam na losowe przełączanie. Do moich uszu dobiegła znana mi piosenka:
 
Yeah, you can be the greatest
You can be the best
You can be the king kong banging on your chest

You can beat the world
You can beat the war
You can talk to God, go banging on his door

You can throw your hands up
You can beat the clock
You can move a mountain
You can break rocks
You can be a master
Don’t wait for luck
Dedicate yourself and you gonna find yourself

Standing in the Hall of Fame
And the world’s gonna know your name
Cause you burn with the brightest flame
And the world’s gonna know your name
And you’ll be on the walls of the Hall of Fame

(Możesz być najwspanialszy
Możesz być najlepszy
Możesz być king kongiem, bijącym się po klatce piersiowej

Możesz pobić świat
Możesz wygrać wojnę
Możesz rozmawiać z Bogiem, iść walić w jego drzwi

Możesz wyrzucić w górę swoje ręce
Możesz wygrać walkę z czasem
Możesz przenosić góry
Możesz rozbijać kamienie
Możesz być mistrzem
Nie czekaj na szczęście
Poświęć się, a odnajdziesz siebie

Stojącego w sali sławy
I świat będzie znał Twoje imię
Bo palisz się najjaśniejszym płomieniem
I świat będzie znał Twoje imię
I będziesz na ścianach sali sławy)

            Śpiewałam pod nosem ową piosenkę kołysząc się w jej rytm. Słowa idealnie pasowały do mojej sytuacji. Tak, mogę. Ale czy się uda? No cóż, trzeba spróbować.
            - Masz niesamowity głos – usłyszałam szept do mojego ucha. Kompletnie zdezorientowana umilkłam i spojrzałam w stronę, z której wydobył się głos. Tuz obok mnie siedział pewien chłopak. Mógł mień najwyżej z dziewiętnaście lat. Bursztynowe włosy sterczały we wszystkie strony, ale nie wyglądało to jakoś niechlujnie. Wręcz przeciwnie – do twarzy mu z nimi było. Piwne oczy spoglądały prosto w moje, a kąciki cienkich ust powędrowały do góry. Nie zaprzeczam – chłopak był przystojny. Ale chyba nie po to tu przyszłam?
            - Słucham? – zapytałam, chodź dobrze wiedziałam co powiedział.
            - Mówię, że masz…
            - Wiem co powiedziałeś – przerwałam mu. Chłopak spojrzał na mnie jak na wariatkę. Eh.. No tak, bo tak się zachowałam. Nie wiem czemu tak powiedziałam. Pewnie dlatego, ze nie miałam pojęcia co mu odpowiedzieć. Nie bardzo byłam przyzwyczajona do tego, ze jakiś chłopak mnie zagaduje, raczej częściej patrzałam jak Amy musi ich spławiać.
            - Spodziewałem się raczej jakieś odpowiedzi typu ,,dziękuje” – zaśmiał się, pokazując szereg prostych, białych zębów. Zdjęłam słuchawki i również uśmiechnęłam się szeroko.
            - No tak. Dziękuję za twój komplement. – odpowiedziałam z lekkim sarkazmem.
            - David – powiedział wyciągając rękę w moim kierunku.
            - Vanessa – uścisnęłam dłoń. Chłopak zmarszczył czoło, zastanawiając się nad czymś.
            - Vanessa… Hm… czekaj, czy ty nie jesteś tą dziewczyną, która wybiegła z tej sali? – zapytał wskazując na drewniane drzwi. Zrobiłam się czerwona jak burak. Tak, ja jestem tą dziewczyną. Lepiej? Skinęłam lekko głową i odwróciłam twarz w drugą stronę, z dwóch powodów –  1: nie chciałam, żeby chłopak zobaczył mojego ‘buraka’, 2: nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Chyba będę przedstawiała się jako Violetta czy coś, bo nie mam ochoty słuchać tych komentarzy. Założyłam z powrotem słuchawki na uszy, by przenieś się do mojego światu.
You can go the distance
You can run the mile
You can walk straight through hell with a smile

You could be the hero
You could get the gold
Breaking all the records they thought never could be broke

Do it for your people
Do it for your pride
How are you ever gonna know if you never even try.

(Możesz przejść odległość
Możesz przebiec milę
Możesz przejść przez piekło z uśmiechem na twarzy

Możesz być bohaterem
Możesz zdobyć złoto
Bijąc wszystkie te rekordy, które były uznawane za nie do pobicia

Zrób to dla swoich ludzi
Zrób to dla swojej dumy
Jak kiedykolwiek się dowiesz, jeśli nigdy nawet nie spróbujesz?)

            - Mogę? – usłyszałam znów głos brązowookiego. Czy on zawsze taki jest? Taki… Eh, wciska się wszędzie. Czy nie może przez chwilę się zamknąć? (patrz: do końca dzisiejszego dnia, bo później, miejmy nadzieje, go nie spotkam).
            - Słucham? – powtórka z przed kilku minut. Ale tym razem zrobiłam to umyślnie. Miałam nadzieję, że powie ,,nic” i odwróci głowę zostawiając mnie w spokoju. Ale jednak nie. Był zbyt upierdliwy.
            - Słuchawki. Mogę słuchawki?
            - Po co?
            Znów spojrzał na mnie jak na wariatkę. Jego mina była bezcenna. Gdyby nie to, że stresowałam się wynikami, pewno pękłabym ze śmiechu.
            - Chciałbym zobaczyć czego słuchasz? – powiedział, a raczej zapytał. Zapytał z ironią w głosie. No, nie dość, że upierdliwy to i chamski. Przez chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią. Dać te słuchawki czy nie? Na chwilę przynajmniej, niech tylko sprawdzi czego słucham i odda mi je…
            Zdjęłam je i podałam chłopakowi. Spojrzałam na niego trochę niepewnie. Nie lubiłam dawać obcym ludziom czegoś, co jest dla mnie cenne. A te słuchawki były. Zwłaszcza, że dostałam je od ojca. David przyjął je z uśmiechem na twarzy i założył. Przez chwilę śpiewał tzn bezdźwięcznym głosem.
            - Hall of fame… Uwielbiam tę piosenkę – oznajmił. Tak, jakby mnie to obchodziło. Dave zaczął lekko, prawie niezauważalnie kołysać się w rytm piosenki i cicho śpiewał słowa, tak, że tylko osoba siedząca najbliżej niego mogła usłyszeć jego głos. Tą osobą byłam ja. Chłopak miał naprawdę ładny głos. Moim pierwszym skojarzeniem było: Bruno Mars. Podobny głos. Bardzo podobny. Wręcz identyczny. Gdy ten przyjemny dźwięk dochodził do moich uszu czułam, jak ciepło ogrzewa moje ciało. Dziwne, nie? Zamknęłam oczy. Wsłuchując się w jego głos. Nie spodziewałam się, że David tak śpiewa. Gdybym miała jego płytę pewnie puszczałabym na cały regulator. Poważnie. Ale był też jeden, maleńki minus jego głosu – konkurencja. On na pewno przejdzie. Co do tego nie miałam wątpliwości. Ale gdyby okazało się, że reszta uczestników potrafi tak śpiewać, nie miałabym najmniejszych szans. Nie po tym incydencie z mikrofonem.
            Moje ciało napełniła fala ciepła. Stres powoli znikał – tak właśnie działała muzyka. Ale jak to jest – każda piosenka się kiedyś kończy. Dave śpiewał coraz ciszej i ciszej, aż wreszcie zamilkł. Uśmiechnął się do mnie i oddał słuchawki. Powiedziałabym mu coś typu ,,masz śliczny głos.”, ale nie zamierzałam sprawić mu tej satysfakcji. W końcu to moja konkurencja.
            - Dzięki – mruknęłam chwytając mój skarb i chowając do kieszeni.
            - To ja dzięk…
            Przerwał. Ale nie tylko on. Wszyscy umilkli. Zrobiło się tak cicho, jak wtedy, gdy przyszłam tu po raz pierwszy (dziwnie to brzmi, bo było to również dzisiaj o.O).
            Drewniane drzwi otworzyły się i  stanął w nich wąsaty mężczyzna, a za nim dwóch pozostałych sędziów i trzej chłopcy z one Direction. Liam i Niall zauważyli mnie i szeroko się uśmiechnęli. Odwzajemniłam uśmiech czując na sobie wzrok Davida. Gapił się na mnie. Ehh -,- . Po chwili również i Zayn odszukał mnie wśród uczestników i uśmiechnął się. Czemu oni akurat do mnie się tak szczerzą? Jest tu tyle dziewczyn, które przesłuchiwali, a oni wyglądają jakby znali mnie już przynajmniej z kilka miesięcy. Ale ich zachowanie mi nie przeszkadzało. Nawet miło było widzieć, że ktoś się tobą interesuje.
            Wąsaty mężczyzna poprawił okulary-połówki i zagłębił się w cichym czytaniu swojej listy, by sprawdzić, czy wszystko się zgadza. Nikt niestety nie zdołał usłyszeć jakie nazwiska znajdują się na liście. Jeszcze trochę. Jeszcze trochę trzeba poczekać.
            - Na początku chcieliśmy podziękować wszystkim za przybycie – zaczął znudzonym głosem. Rzygać mi się już chciało jak go słyszałam. Ale trzeba wytrzymać. – Cenimy wasze poświęcenie, bo jak zauważyliśmy, wiele z was przybywa z daleka. Cieszymy się, że tak licznie was przybyło – bla, bla, bla… Nudna gadka. Nie słuchałam co mówił, przyglądałam się, kiedy spojrzy na listę i zacznie wyczytywać nazwiska.. oczywiście jakieś urywki jego gadki do mnie dochodziły. Zwłaszcza, jak mówił, że wiele z uczestników ma naprawdę talent. Konkurencja.. No tak, ale czego ja się miałam spodziewać> ze do muzycznego programy przyjdą ludzie, którzy nie potrafią śpiewać? Wąsaty pieprzył różne rzeczy przez jakieś kilka, może kilkanaście minut, po czym wręczył listę Liamowi Paynowi, mówiąc, ze to on odczyta nazwiska osób, które przejdą dalej.
            Zamarłam. Trzymałam kciuki pod kolanami. Niech wyczyta moje nazwisko, proszę.
            Chłopak stanął przed sędziami i chłopakami z zespołu. Jego orzechowe oczy powędrowały po całej Sali, bacznie przyglądając się każdemu uczestnikowi.
            - Do programu x-factor dostali się najlepsi. Najlepsi z okolic Londynu, oczywiście – mówił poważnym tonem. Eh, chociaż on mógłby podarować sobie tę gadkę.. – Kolejność nazwisk, które przeczytał będzie przypadkowa. A więc – wziął głęboki oddech. A pół uczestników razem z nim, reszta, w tym ja, wstrzymaliśmy oddech. Czułam jak pocą mi się ręce, a sera biło, biło – coraz szybciej coraz mocniej. – DAVID STEEL – wyczytał Liam. David? Czy to ten chłopak, który siedzi koło mnie? Tak, to był on, na jego twarzy pojawił się najszerszy uśmiech jaki w życiu widziałam.
            - Gratulacje – mruknęłam do niego. Chciałam żeby to zabrzmiało sztucznie, z ironią, ale wyszło inaczej – wyszło szczere. Mózgu?! Czemu mi to robisz? Chyba nie uważasz, że zasłużył? Zastanowiłam się. Nie zajęło mi to wiele czasu, gorzej z przyznaniem się do błędu. Bo on zasłużył. Byłam pewna, że mimo jego upierdliwego charakteru, nie był aż taki zły. Zasłużył... Słyszałam jego głos i wiem, że przeszedł nie bez powodu.
Dave tylko skinął głową. Tak się cieszył, ze nie potrafił wypowiedzieć żadnego słowa. Mimowolnie uśmiechnęłam się.  Jedynie co mnie zaciekawiło to to, że chłopak nadal siedział na swoim miejscu. Nie podeszła do niego żadna osoba. Czyżby przyszedł tu sam? Bez rodziny, znajomych? Taki uśmiechnięty David wyglądał raczej sympatycznie. Uznałam, że nie będę traktować go jak konkurencje. Może nawet się zaprzyjaźnimy? Kto wie?
- ALICE ATWOOD – powiedział Payne. Z drugiego końca pokoju wstała jakaś starsza, rudowłosa kobieta. Po jej pulchnych policzkach poleciały łzy. – MARTIN BLACK – wyczytał chłopak, po czym po sali rozległ się pisk szczęścia wydobywający się z niskiego chłopaka. Spokojnie, Van, dopiero trzy osoby… Uspokajałam się. Ale im więcej osób wyczytywał Liam, tym bardziej się stresowałam.
- Nie martw się tak – powiedział David, który zdążył się już opanować z emocji. Tak, łatwo mu było mówić, on przeszedł, już wie, że jest w programie x-factor. Położył rękę na moim ramieniu i szepnął do ucha – słyszałem twój głos. Nie masz się czego obawiać, przejdziesz na pewno. – Po moim ciele przebiegł przyjemny dreszcz, a kiedy odsuwał twarz z powrotem ogarnęła mnie chęć bycia bliżej chłopaka. Chwila.. CO? O czym ja myślę?
- VANESSA ARGON – wyczytał Liam , a jego oczu automatycznie spoglądnęły na mnie. CO? Wygrałam? Wygrałam! Przeszłam! Dostałam się do x-factor!
Sowo ‘radość’ to w tamtym momencie było za mało. Nie było słowa, które mogło określić jaka byłam szczęśliwa. To było jak dobry sen, jak najlepszy sen w moim życiu. Ale jednym się różniło – było naprawdę. To się działo naprawdę – tu i teraz. To co się działo w mojej głowie było nie do opisania. Wszystkie troski zniknęły, została sama radość. Nikt, po prostu nikt nie mógł zepsuć mi tej chwili.
Poczułam słoną ciesz spływającą po moich policzkach. Spojrzałam na mamę. Wstała i przybliżyła się do mnie, po czym mocno przytuliła. Była szczęśliwa, a ja chciałam jej podziękować za wszystko – że we mnie wierzyła, że wytrzymywała moje głośnie śpiewanie kilka godzin dziennie, ze nigdy, przenigdy we mnie nie zwątpiła, że zawsze była obok mnie, ze mnie wspierała. Chciałam to powiedzieć, ale gdy tylko otworzyłam buzie, słone łzy wpadły do niej, tak, że o mało się nimi nie zakrztusiłam.
Wtulałam się w ciało matki. Moje nozdrza wyczuwały słodki zapach jej perfum, a niewyraźny od łez wzrok, mógł zobaczyć końcówki jej czarnych włosów. Przytulałam ją jak najmocniej umiałam. Zimna ciecz przeszła na jej zielonkawy sweter.
- Dziękuje – wyszeptałam.
Choć nie widziałam jej twarzy, wiedziałam, że matka się uśmiecha. Ucałowałam ją w jasno-różowe policzki i niechętnie odsunęłam się. Do moich uszu dotarło kolejne nazwisko jakieś osoby, ale nie bardzo się tym interesowałam. Matka zrobiła krok w lewo ustępując miejsca Amy. Blond włosa przyjaciółka uśmiechnęła się szeroko i mocno przytuliła.
Po tym dniu wiedziałam jedno – marzenia się spełniają. Trzeba tylko mocno wierzyć i nigdy nie poddawać się.
Spojrzałam na Nialla. On również na mnie spojrzał, tak, że dokładnie widziałam jego niebieskie tęczówki. Uśmiechnęliśmy się do siebie. On pewnie nie wiedział jak bardzo byłam mu wdzięczna za to, że nie pozwolił mi zrezygnować, kazał walczyć do końca.
- Dziękuje Niall – szepnęłam niemal bezdźwięcznie wiedząc, że i tak chłopak stoi za daleko, żeby to usłyszeć. Posłałam mu najszerszy uśmiech jaki tylko potrafiłam z siebie wydobyć i znów wtuliłam się w ciało Amy. Kątem oka dostrzegłam jak David uśmiecha się w moją stronę.
Czy świat może być piękniejszy?
Najgorszy dzień w moim życiu okazał się najlepszym.
Niemożliwe stało się możliwym.